Adam Marek

: Function ereg() is deprecated in /var/www/clients/client3/web5/web/modules/paging/paging.module on line 106.

Sukcesy i szczęście w życiu człowieka zależą od ludzi, których po drodze spotyka. Z wiekiem coraz bardziej potwierdzam tę opinię. Judo nie było dyscypliną, o której marzyłem. W moim domu wszyscy zafascynowani byli boksem. Kulej, Pietrzykowski to byli idole dziadka, matki i, oczywiście, moi, a jestem przekonany, że również wielu pozostałych mieszkańców Targówka. Ale los chciał inaczej i trafiłem do AWF na Bielanach, aby spróbować walki judo. Moi nauczyciele i trenerzy to: Jacek Skubis, Jan Ślawski, Jan Żytkow, Wojciech Stachowicz, Waldek Kołaczkowski, ludzie mądrzy, wyjątkowi, od których można było nauczyć się nie tylko technik judo... Za namową Żytkowa udałem się do WSWF w Gdańsku, aby uczyć się judo od wybitnego i błyskotliwego «wirtuoza» tej dyscypliny Kazika Jaremczaka. Nie było łatwo. Startowałem w zawodach, prowadziłem grupy naborowe i coraz częściej zastępowałem swojego trenera zaangażowanego we wszelkiego rodzaju formy działalności na uczelni, w Polskim Związku Judo, w Europejskiej i Światowej Unii Judo. Odbijało się to na moich, coraz gorszych, wynikach sportowych, ale też szybciej zdobywałem staż i doświadczenie, jeszcze przed skończeniem studiów. Miałem także możliwość brania udziału w centralnych akcjach szkoleniowych prowadzonych przez W. Sikorskiego gdzie nie bardzo potrafiłem sobie poradzić z rolą stażysty, asystenta czy sparingpartnera. Kolejne lata pracy to zdobywanie coraz wyższej pozycji przez zawodników KS AZS AWF Gdańsk, a następnie wyjazd na studia doktoranckie do Moskwy. I znowu pomyślny los zesłał mi opiekuna od którego mogłem się bardzo wiele nauczyć: doświadczonego, życzliwego i prawego człowieka, jakim był E. M. Czumakow – legendarna już postać judo i sambo. Po obronie doktoratu wróciłem do przerwanej pracy w klubie i na uczelni, byłem naładowany, wyposzczony i pełen energii. Kolejne lata to dydaktyka, praca szkoleniowa w KS AZS AWF Gdańsk oraz współpraca z reprezentacją prowadzoną przez samego mistrza nad mistrzami R. Zieniawę, za którym «nosiłem stoper» na treningach, ale jednocześnie starałem się jak najwięcej nauczyć i dowiedzieć – co nie było takie proste. Tak minęło kolejne osiem lat sukcesów i porażek, kiedy szkoląc jednych, sam dowiadywałem się wciąż czegoś nowego. Rok 1990 był kolejnym udanym sezonem mojej pracy trenerskiej w KS AZS AWF Gdańsk. Może nie było aż tak dobrze, jak bym chciał, ale piąte miejsce na mistrzostwach Europy i trzecie na akademickich mistrzostwach świata Joasi Majdan oraz piąte miejsce na akademickich mistrzostwach świata Andrzeja Jasińskiego to były przyzwoite wyniki. Trudnej pracy trenera klubowego nie rekompensowały nawet takie osiągnięcia, jak pierwsze miejsce w lidze w Krakowie A. Jasińskiego i R. Laskowskiego, dwa drugie miejsca w lidze T. Tybusia, złoty medal mistrzostw Polski K. Kamińskiego, srebrny i brązowy medale T. Tybusia, srebrny medal J. Majdan. W PZ Judo jak zwykle było gorąco i burzliwie, ale tam, gdzie ścierają opinie ludzi o silnych osobowościach, jest to na tyle normalne, że nikogo nie dziwiło. Jednak w połowie roku zaczęła pojawiać się plotka, że szykuje się zmiana na stanowisku trenera kadry. Podczas zawodów ligowych Waldek Legień poprosił mnie o rozmowę i jednoznacznie i otwarcie, jak to miewał w zwyczaju, zapytał, czy nie podjąłbym się pracy trenera reprezentacji. Osłupiałem. Waldka znałem bardzo dobrze, jako że był moim młodszym kolegą. Był już wtedy mistrzem olimpijskim, a w naszych kontaktach ciągle poszukiwaliśmy rozwiązań zwiększających skuteczność walki. Ponieważ był on studentem AWF Gdańsk z naturalnego powodu byłem jego opiekunem podczas studiów. Oferty pracy szkoleniowej z reprezentacją spodziewałem się raczej ze strony Polskiego Związku Judo, chociaż akceptacja mojej osoby wyrażona przez zawodników dawała gwarancję lepszej współpracy. Przystąpiłem do konkursu ogłoszonego przez PZ Judo i 15.01.1991 r. podjąłem pracę jako trener reprezentacji. Wyzwaniem było opracowanie nowych planów treningowych i utworzenie nowego zespłu ludzi współpracujących: R. Reidych – asystent trenera, W. Zarzycki – lekarz reprezentacji, J. Sobieraj – trener odnowy, A. Poczwardowski – psycholog, J. Łapucha – dietetyk oraz kilku pracowników Instytutu Sportu, z panią Marią Kakietek. Pierwszy etap to zgrupowanie w Cetniewie (cztery tygodnie): luty – starty i konsultacje, marzec – zgrupowanie w Barcelonie, kwiecień – mistrzostwa Polski i zgrupowanie do 12.05. (cztery tygodnie) przed mistrzostwami Europy. Były one dla mnie pierwszym trudnym sprawdzianem, tym bardziej że nie uczestniczył w nich Waldemar Legień, a Paweł Nastula, mimo wielu kontrowersji, wystartował w wyższej kategorii wagowej (do 95 kg). Pierwszy sprawdzian wypadł dobrze (trzy medale) i rozpoczęliśmy drugi, trudniejszy: przygotowania do Mistrzostw Świata w Barcelonie. Dwa łączone zgrupowania w czerwcu i lipcu (po trzy tygodnie) w Zakopanem oraz Cetniewie i całkiem udany start (dwa medale). Sierpień i wrzesień to okres przejściowy oraz kilka startów krajowych, paŸdziernik – konsultacje w Gdańsku, listopad – starty krajowe, a od grudnia zgrupowanie i zawody w Korei, gdzie Kubacki zdobył pierwsze miejsce. Niestety, rok olimpijski rozpoczął się nie od zgrupowania w Zakopanem, jak planowano, lecz nad morzem, w Cetniewie (cztery tygodnie); w lutym i marcu, zamiast zawodów międzynarodowych, starty krajowe i międzynarodowy krótki obóz w Niemczech. Niestety nie doszło do skutku zgrupowanie w Barcelonie. Zamiast tego czterotygodniowe zgrupowanie w Gdańsku, w trakcie którego otrzymuję z Polskiego Związku Judo swoje pierwsze wypowiedzenie umowy o pracę. Notabene, inaczej zredagowane wypowiedzenia dostałem w maju i sierpniu. Nie stwarzało to właściwej atmosfery przed igrzyskami, a dla wielu zawodników było zbyt dużym i niepotrzebnym stresem. Start w połowie maja w Mistrzostwach Europy w Paryżu – bez Kamrowskiego, Kamińskiego, Legienia, Nastuli i Kubackiego – nie był udany. Jedynie piąte miejsce zdobył W. Błach. Po mistrzostwach Europy odbyły się dwutygodniowe zgrupowania w Spale oraz trzytygodniowe w Zakopanem i Cetniewie, po czym nastąpił wyjazd na igrzyska olimpijskie. Drugi złoty medal w igrzyskach olimpijskich zdobył Waldek Legień. Jeszcze jedno piąte i siódme miejsce to wymierne rezultaty startu, ale muszę przyznać, że wszyscy zawodnicy bardzo dobrze prezentowali się na zawodach, a ich porażki często były minimalne. Błach przegrał z Japończykiem Kogą decyzją sędziów, tak samo Kamrowski z Yonem, również Kubacki na dwadzieścia sekund przed końcem walki z Khakhalashwili, w której miał przewagę, «potknął się» na kokę. Jak to powiadają, «mogło być dużo lepiej». Byłem zadowolony z postawy i przygotowania zawodników, a dyskusję «czy mogło być lepiej» traktowałem jak rozważania typu «co by było, gdyby...» Nie udało mi się pobić wyniku z Seulu, ustanowionego przez R. Zieniawę, ale byłem chyba bardzo blisko. Pod koniec listopada P. Nastula zdobył w Japonii pierwsze miejsce na najbardziej prestiżowym turnieju judo imienia Jigoro Kano, a 30.11.1992 r. wygasło moje ostatnie wypowiedzenie z sierpnia. Ten krótki okres pracy z reprezentacją stał się, niestety, norm ą w działalności Związku, ale mam nadzieję, że nadejdą dla pracy trenerskiej lepsze czasy. Jak mogę podsumować te dwa lata pracy? Wspominam je bardzo dobrze, miałem wiele satysfakcji pracując bezpośrednio z zawodnikami zaliczanymi do światowej elity, wielokrotnie widziałem niepokój w oczach przeciwników, którzy bali się konfrontacji z naszymi reprezentantami i unikali nas na zawodach i treningach. Bez specjalnego patosu mogę przyznać, że jestem dumny z tego, że mogłem z nimi pracować, jak i z tego kim są dzisiaj, co osiągają zarówno ci najwybitniejsi, jak i ci, którzy nie dotarli do elity światowego judo. Z ciekawością obserwuje ich działania, również jako szkoleniowców, życząc im tyle samo satysfakcji z podopiecznych.”