Czesław Łaksa

: Function ereg() is deprecated in /var/www/clients/client3/web5/web/modules/paging/paging.module on line 106.

„Wylot z Warszawy do Frankfurtu był rano, do Luksemburga późnym wieczorem. Cały dzień na lotnisku w strefie tranzytowej. Jako zdecydowani przeciwnicy kapitalizmu byliśmy na lotnisku bez paszportu, zachodniej waluty, jedzenia itd. Zabranie jakiejkolwiek obcej waluty było niemożliwe, kontrola celna wykluczała takie przestępstwa. Przelot do Luksemburga odbył się bardzo małym samolocikiem, lecącym na małej wysokości, w bardzo silnej burzy. Huśtanie było jednym z piękniejszych w życiu. Zasłabł Janusz Pawluk i na lotnisku czekała na niego karetka. Same mistrzostwa były bardzo ciekawe i w tej formie rozegrane po raz pierwszy. Dotychczas rozgrywano w każdej wadze podwójne mistrzostwa, jedne tak zwane amatorów i drugie otwarte, czyli każde państwo wystawiało w wadze dwóch zawodników i teoretycznie obaj mogli zostać mistrzami Europy. W 1966 r. Postanowiono zakończyć ten proceder. Tym razem rozegrano walki tylko w jednej kategorii, ale utrzymano możliwość wystawienia dwóch zawodników w wadze. Była to bardzo męcząca zabawa, bo w jednej chwili okazało się, że w niektórych wagach uczestniczy ponad 50 zawodników, w tym po dwóch z Francji, Anglii, NRD, RFN, ZSRR i innych państw. Niestety, mimo starań, nie zdobyłem list walk z tych mistrzostw. Z kilku walk w eliminacjach pamiętam, że m.in. wygrałem przed czasem z zawodnikiem Węgier i Belgii. Schody zaczęły się dla mnie dopiero od ćwierćfinałów. Tu stoczyłem morderczą walkę z 4-krotnym mistrzem Europy, medalistą IO i MŚ A. Bogolubowem. Miałem w zapasie jedną wygraną z nim walkę w czasie turnieju klubów gwardyjskich w 1965 r. w Berlinie. Tu miał być rewanż. Wygrałem tę walkę jednogłośnie, ale była ona dla mnie bardzo wyczerpująca. W tym czasie nie rejestrowano ataków typu koka, yuko, nie było tablic świetlnych, ogłaszano tylko wazaari i ippon. Walki eliminacyjne trwały 6 minut, półfinały 10, a finał 15 minut. Ekipa nasza nie dysponowała masażystą, lekarzem, odżywkami itp. Obowiązujący wtedy system walk był inny niż obecnie. Do walk półfinałowych kwalifikowali się dwaj zawodnicy z połówki, walcząc pierwszy z drugim z drugiej połówki. Półfinał 10-minutowy stoczyłem z bardzo dobrym moim znajomym z NRD, wielokrotnym medalistą ME, Joachimem Schreoderem. Odbyliśmy ze sobą wiele walk, bo losowanie lubiło nas bardzo często łączyć. Walki te były zawsze bardzo trudne, a wyniki różne. Tę decydującą dla mnie walkę o wejście do finału ME również wygrałem jednogłośnie, ale nie było łatwo. W drugim półfinale Oleg Stiepanow (ZSRR) pokona ł szybko A. Bogolubowa. Kierownictwo ekipy ZSRR uznało, że korzystnie będzie dla nich, gdy w finale będzie walczył O. Stiepanow, również 4-krotny mistrz Europy, medalista IO i MŚ. Była to nasza jedyna walka, którą przegrałem jednogłośnie po 15 minutach. Przegrałem ją zasłużenie, O. Stiepanow wyprzedzał mnie swoimi atakami. Sadzę dzisiaj, pomijając brak odnowy itd. w naszej reprezentacji, że przegrałem, bo nie byłem jeszcze wtedy gotowy zostać mistrzem Europy. Świadomość, że jestem już pierwszym Wicemistrzem Europy w historii polskiego judo prawdopodobnie mi wystarczała. To był mój błąd psychologiczny. Mając dzisiejsze doświadczenie trenerskie, wiem, że nie należało się cieszyć z wejścia do finału, nie przyjmować gratulacji, ale myśleć i koncentrować się na czekającej walce. Pozwalam sobie na te osobiste dygresje, by inni nasi zawodnicy nie popełniali podobnych błędów.”

„Pobyt Masao Watanabe w Polsce: luty 1963 r., Oliwa – 2 tygodnie. Był to pierwszy Japończyk, który szkolił polskich zawodników, na szczęście trener z najwyższej półki. Prezentował najlepszą starą szkołę japońską, opartą na cudownej technice, czuciu i szybkości. Trenowałem w życiu w formie randori z wieloma Japończykami, także w Japonii itd., „ale nigdy nie latałem tak pięknie”, bez poczucia użytej siły, jak z M. Watanabe. Oczywiście, w tej ocenie biorę pod uwagę mój poziom judo w 1963 r. ,wyniki międzynarodowe przyszły dopiero dwa lata później. Wykonując randori z M. Watanabe, miało się odczucie, że rozpoczynając atak, był on o pół tempa w innym miejscu, mimo że nie stosował w treningach z nami bloków, przeciwataków i kombinacji. Pilnował, by nie zniechęcić nas zbyt wcześnie i nie zablokować przy nauce ataku. Dodać trzeba, że przyjechał on do Polski z bardzo poważną kontuzją barku, ale umowa została podpisana znacznie wcześniej. M. Watanabe był przedstawicielem starej szkoły samurajskiej, odbywa ł z nami wszystkie randori. Biorąc pod uwagę „napalenie” wszystkich nas, młodych, nie było to łatwe. O ile dobrze pamiętam, przez dwa tygodnie randori udało mi się wykonać jeden rzut, za co zostałem oficjalnie pochwalony – z pedagogicznego punktu widzenia było to dla mnie bardzo ważne. M. Watanabe już na początku zgrupowania widział, że z dyscypliną w naszym zespole, jeśli chodzi o punktualne rozpoczynanie zajęć, jest bardzo źle. Część zawodników notorycznie wpadała w ostatniej chwili lub spóźniała się. Nigdy oficjalnie nie zwrócił nam uwagi, tylko zawsze z dokładnością co do minuty przychodził na salę, klękał i czekał. Po trzech dniach poczuliśmy się tak z tym źle, że na następne treningi wszyscy przychodzili przed czasem. Po raz pierwszy w Polsce zobaczyliśmy i zostaliśmy „poddani obróbce” za pomocą kakari-geiko. Biorąc pod uwagę brak doświadczenia w tego rodzaju treningu i nasze „napalenie”, można łatwo przewidzieć, jak to się skończyło. M. Watanabe wybrał kilku najbardziej ambitnych, młodych, i jego zdaniem, rokujących nadzieję i… zaczęło się. W pierwszej części kakari-geiko myśmy rzucali, w drugiej części nas rzucano. Im bliżej końca, tym te pady były częstsze. Zakończyliśmy, czołgając się z maty i nieraz odczuwając mdłości ze zmęczenia. Oczywiście, nie wiedzieliśmy wtedy, jaki jest cel tej formy treningowej: Liczą się tylko ci, którzy podejmą walkę do końca i przeżyją ją. Jest to główne kryterium selekcji, szczególnie w sportach walki. Przyglądając się nam podczas tych treningów M. Watanabe przedstawił przedstawicielom naszego związku opinię, że kilku z nas ma wielki talent i predyspozycje i powinniśmy zdobywać medale na mistrzostwach Europy. Część potraktowała tę wypowiedż z przymrużeniem oka i wyrozumiałym uśmieszkiem, a część jako wyraz kurtuazji Japończyka wobec gospodarzy. Wybranymi byli Staszek Tokarski, Jan Okrój, Stanisław Siewior, Czesiek Kur i ja. Jak się ta opinia później sprawdziła – wszyscy wiemy. My sami, przynajmniej ja, do końca w to nie wierzyliśmy, bo przeczył temu nasz umysł, ale później, w najtrudniejszych chwilach mojej kariery sportowej, ta myśl, zakodowana w podświadomości, okazała się bardzo ważna. Masao Watanabe przyjechał do Polski bezpośrednio z RFN, gdzie współpracował z kadrą narodową. Miarą klasy jego pracy trenerskiej są takie nazwiska późniejszych mistrzów Europy i medalistów MŚ, jak: Glahn, Herman, Hofman, Miebach i inni. Na zakończenie zgrupowania zdaliśmy egzaminy na stopień 1 dan. Były to pierwsze nadane przez Japończyka w Polsce „czarne pasy”. Uzyskali je: Stanisław Tokarski, Zbigniew Walczak, Stanisław Siewior, Jan Okrój i Czesław Łaksa. 2 dan. uzyskał Ryszard Zieniawa. W marcu odbyły się mistrzostwa Polski, które przegraliśmy z kretesem. Brak czucia, świeżości i szybkości. Nasza praca z M. Watanabe zaowocowała później. Wyłania się stąd refleksja o cierpliwości i pokorze w oczekiwaniu na wynik.”