Janusz Pawłowski

: Function ereg() is deprecated in /var/www/clients/client3/web5/web/modules/paging/paging.module on line 106.

„Jako chłopiec o judo wiedziałem niewiele, aż do chwili, kiedy na ekrany kin nie wszedł film „Saga o judo”. Mimo że film był stary, to dla nas, chłopców z robotniczych bloków Gdyni, było to coś nowego. Walki toczyliśmy na okolicznych skwerkach lub na boisku, często po lub podczas niewinnie zaczętego meczu. Potem był program „Konkurs 5-ciu milionów” niezapomnianego Marka Grota. Występowała w nim grupa zawodników z warszawskich klubów. Demonstrowali techniki i popisywali się sprawnością. Postanowiłem, że chcę być taki jak oni. Adres i siedzibę klubu „Flota” znalazłem w książce telefonicznej. Dowiedziałem się też, że nabory rozpoczynają się za tydzień. Był wrzesień 1972 r. Stałem w grupie kilkunastu chłopaków aż do chwili, gdy nie usłyszałem, że już nikogo nie przyjmą. Nie mogłem tak sobie, po prostu wrócić do domu, skoro powiedziałem, że idę trenować judo. Stałem więc i patrzyłem przez okno. Każdego dnia próbowałem dostać się na salę, ale za każdym razem słyszałem to samo: nie ma miejsc! Minął miesiąc, a ja uczyłem się judo zza szyby i piekielnie marzłem. Jesień w tamtych czasach na wybrzeżu nie zawsze była złota, a ja, jak każdy szanujący się chłopak, prędzej dałbym się pokroić, niż włożyłbym czapkę. Postanowiłem użyć podstępu. W składnicy harcerskiej kupiłem kilka metrów płótna żaglowego, zaniosłem ciotce, która trudniła się krawiectwem, i kazałem uszyć sobie coś, co miało przypominać prawdziwą judogę. Ponieważ trenerzy czasem się zmieniali, wyczekałem moment, kiedy nie było tego, który odsyłał mnie z kwitkiem, i wmieszałem się w tłum. Judo zdążyłem już nieco poznać, stojąc na zewnątrz sali, więc nie szło mi najgorzej i ... zostałem! Na szczęście, bo zrobiło się całkiem zimno. Po kilku latach zmieniłem klub. Chciałem czegoś więcej niż mistrzostwa Polski juniorów, więc wybrałem trenera Zieniawę i GKS Wybrzeże Gdańsk. Podobno „Flota” zażądała za mnie 30 judogi, ale może to tylko plotka. Nie sprawdzałem.
Droga
W treningach podobało mi się wszystko, setki powtórzeń każdego dnia, walki, ćwiczenia techniczne i siłowe. Podobało mi się, że mogę trenować z utytułowanymi, starszymi kolegami. Z czasem sam zacząłem odgrywać coraz bardziej znaczącą rolę. Przełomem w zaczynającej się karierze był wyjazd do Japonii i ponadmiesięczny pobyt w dwóch uniwersytetach tokijskich. Mimo że zbierałem tam straszliwe cięgi, czułem się coraz pewniej, czułem, że nadchodzi mój moment. I przyszedł. Najpierw na Mistrzostwach Świata w Paryżu, gdzie mając niespełna 20 lat, zdobyłem brązowy medal, a kilka miesięcy później na igrzyskach w Moskwie stanąłem na najniższym stopniu podium. Stałem na podium, ale historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Niewiele brakowało, a oglądałbym ceremonię dekoracji medalistów z trybun. Niedaleko też było mi do olimpijskiego finału. Najpierw, w walce o wejście do finału z zawodnikiem z Mongolii wykonałem rzut, który, w moim przekonaniu, został oceniony na yuko. Wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie, ale byłem pewien, że prowadzę. Tak jak byłem pewien, że widziałem to yuko na tablicy. Dziś od moich zawodników wymagam dyscypliny, trzeźwej oceny sytuacji, kontroli emocji, konsekwencji w działaniu i – zawsze – profesjonalizmu. Wtedy zabrakło mi którejś z tych cech, a może i wszystkich naraz. Dotarło do mnie na minutę przed końcem, że mój przeciwnik prowadzi koka, którą to akcję już wcześniej wkalkulowałem w mój sukces, a po moim ataku nie ma śladu na tablicy. Przegrałem bój o olimpijski finał! O trzecie miejsce przyszło mi walczyć z Francuzem Yvesem Delvingt. Wcześniej przegrałem z nim w DME w Paryżu. Potem miałem okazję widzieć go w Tokai Uniwersity. On rzucał Japończyków, a ja zbierałem od nich baty. Wiedziałem, że atakuje w tył technika ko-soto-gari. W walce o trzecie miejsce tak uważałem na te technikę, że nie wiedząc, jak i kiedy, zostałem rzucony techniką harai-goshi, do przodu. Ten rzut mógł zakończyć walkę, jedyna nadzieja w sędziach i tym, jak ocenią ten rzut. Japończyk pokazał waza-ari, sędzia boczny, Rosjanin ippon (jakżeby inaczej) a Włoch ... no właśnie, Włoch powoli odstawił krzesło, powoli strzepnął pyłki kurzu ze spodni, powoli poprawił ich kanty. Rosjanin wciąż trzymał rękę w górze i, jeśli Włoch podniósłby wzrok i zobaczył ten gest, może i on uznałby, że rzut był wykonany perfekcyjnie i przychylił się do jego decyzji. Wtedy już koniec! Wszystko to trwało wieki. A Włoch przyglądał się czubkom swoich lśniących butów, poprawił marynarkę i podniósł wzrok. Widziałem to wyraźnie, bo upadłem u jego stóp. W tej chwili zniecierpliwiony Rosjanin opuścił rękę i pozostało waza-ari. Miałem szansę! Dalej nie pamiętam wiele, wiem, że rozbiłem Francuza, rzucając go dwukrotnie. Medal był mój! Czasem myślę o tym, jak niewiele potrzeba, żeby wieloletni trud okazał się daremny i jak kruche i nieprzewidywalne są czasami podstawy wielkości i sukcesu. Z Delvingtem spotykałem się podczas różnych zawodów. Pozdrawiał mnie z trudem. Ja nie miałem podobnych problemów, szanuję zarówno tych, z którymi wygrywałem, jak i tych, którzy byli lepsi ode mnie. Sędziego włoskiego spotkałem kilka lat temu, podczas jednego ze stażów, których wiele odbyłem we Włoszech. Nazywa się Gaddii jest emerytowanym komendantem watykańskiej gwardii papieskiej. Okazał się interesującym człowiekiem, opowiadał ciekawe historie. Przy kawie przypomniałem mu Moskwę. Wysłuchał z uwagą, zamówił grappę, uśmiechnął się i powiedział „Mówisz, że jesteś z Polski, chłopcze? Jeśli Bóg istnieje, to i wie, co robi. A tamten to Francuz? Widocznie nie zasługiwał na nic innego”. Wypiliśmy grappę. Nadszedł rok 1981. Zmiany było widać nie tylko na półkach sklepowych. Podczas wyjazdów kierownicy ekipy zabierali paszporty. Dla pewności. Dwukrotnie musiałem pisać oświadczenia do Związku po „oddaleniu się” od ekipy moich kolegów.