Marek Rzepkiewicz

: Function ereg() is deprecated in /var/www/clients/client3/web5/web/modules/paging/paging.module on line 106.

„W roku 1972, natychmiast po uzyskaniu dyplomu magistra w Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie, zacząłem pracować z grupami młodzieżowymi w klubie AZS-AWF, sekcji judo. Ku mojemu zaskoczeniu otrzymałem od PZ Judo propozycję objęcia funkcji trenera kadry juniorów. Kierownikiem wyszkolenia w Związku był wówczas Jacek Skubis, a trenerem kadry seniorów Waldemar Sikorski. Spodobały im się moje koncepcje szkolenia młodzieży i zostałem przyjęty do triumwiratu, który przez wiele lat wytyczał kierunek szkolenia w polskim judo. Stanowisko trenera kadry dawało wówczas wysoki prestiż w środowisku, lecz uposażenie niższe, niż miał trener klubowy. Trenerowi kadry nie wolno było pracować w żadnym klubie z dwóch względów. Po pierwsze, wiązanie się z klubem podważałoby obiektywizm trenera w ocenie zawodników kadry. Po drugie, trenerzy kadry, będąc zatrudnieni na stanowiskach kierowniczych, musieli być dyspozycyjni 24 godziny na dobę, a pracy było na 48 godzin na dobę. Z pewnym rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy o przygotowaniach i typowaniu zawodników na imprezy zagraniczne decydowały wyłącznie względy merytoryczne, a gorące dyskusje miały na względzie wyłącznie dobro zawodnika i judo bez „układów” i osobistych sympatii. Judo było w tym czasie bardzo atrakcyjną dyscypliną sportu ze względu na japońską proweniencję, filozofię bushido oraz dlatego, że był to jedyny dalekowschodni sport walki i to w dodatku olimpijski, z już widocznymi sukcesami. Nasze osiągnięcia szkoleniowe opierały się na bardzo dobrej współpracy z trenerami klubowymi, którzy dość dobrze sytuowani finansowo, chcieli spełnić się jako kompetentni wychowawcy swoich podopiecznych. Chętnie uczestniczyli w zgrupowaniach centralnych ze swoimi młodymi zawodnikami, którzy w konfrontacji z innymi kadrowiczami szybko podnosili poziom. Udało nam się stworzyć w Związku spójny system szkolenia, selekcji i oceny, którego zazdrościły nam inne związki sportowe. Starałem się, aby najlepsi juniorzy uczestniczyli w zgrupowaniach seniorów, co często było niemożliwe, ponieważ dobrych seniorów było bardzo wielu, a pojemność sal ćwiczebnych znacznie bardziej ograniczona niż obecnie. Miałem dużą swobodę realizowania swoich koncepcji szkoleniowych, co w okresie mojej pracy z juniorami i młodzieżą przełożyło się na dobre wyniki sportowe. W latach 1973-1989 juniorzy i młodzież w mistrzostwach świata, Europy i Turniejach Przyjaźni zdobyli 117 medali. Miałem za sobą trzy lata studiów politechnicznych i raziły mnie oceny werbalne działaczy, a nawet trenerów. Starałem się za pomocą testów i innych obiektywnych parametrów kwantyfikować budowanie formy sportowej i nie zmieniać zawodnikom techniki, gdy stawali się kadrowiczami.”

„Pomiędzy rokiem 1990 a 1993 pracowałem jako trener w klubie AZS «Uniwersytet Warszawski». Wróciłem do PZ Judo, tym razem na stanowisko trenera kadry, w roku 1993. Wróciłem również do wcześniejszych metod szkoleniowych z czasów, kiedy polskie judo odnosiło sukcesy na arenie międzynarodowej. Reaktywowałem współpracę z Instytutem Sportu, dzięki czemu miałem możliwość monitorowania poziomu przygotowania zawodników w kluczowych okresach makrocyklu przygotowań do imprezy głównej. Zawodnicy byli monitorowani nie tylko podczas zgrupowań, lecz również za granicą, na turniejach we Francji, w Pucharze Świata, i innych zawodach międzynarodowych. Zmieniły się metody i technologie badawcze. Krew można było już pobierać z płatka ucha, a nie z palca. Nie utrudniało to więc walki. Po jednej walce wszyscy zawodnicy mieli naklejone plastry na jednym uchu, a po następnej – na drugim. Podpatrywali nas trenerzy i zawodnicy z innych krajów. Dopracowaliśmy się metod diagnostycznych, dzięki którym nie kilkanaście, lecz już kilka markerów wystarczyło do informacji o stanie wytrenowania zawodnika. Polscy judocy zaczęli liczyć się na rynku międzynarodowym. Ponownie zaczęliśmy wygrywać zawody, szczególnie dzięki takim zawodnikom, jak Rafał Kubacki i Paweł Nastula. Ale nie tylko. Za tymi tuzami szła zdolna młodzież. Kiedy wydawało mi się, że wszystko jest na najlepszej drodze, bowiem rok przed IO w Atlancie Polacy zdobyli 6 medali w mistrzostwach Europy, w tym jeden drużynowy, co było dużą i miłą niespodzianką, oraz medal w mistrzostwach świata, zdarzyła mi się «wpadka». W samolocie nie chciałem podporządkować się decyzji stewardesy, co spowodowało, że po powrocie do Polski – zarząd PZ Judo zadecydował stosunkiem głosów 6:5 o odwołaniu mnie z funkcji trenera kadry. Było to rok przed Igrzyskami Olimpijskimi w Atlancie. Na moje miejsce już czekał kandydat z Wrocławia – Jarosław Wołowicz. W Polskim Związku Judo nastąpiła «schizma». Przekonałem władze polskiego sportu, że Paweł Nastula powinien przygotowywać się do IO z trenerem klubowym i ze mną, jako że nie zmienia się konia w czasie wyścigu. Wiceprzewodniczący GKKFiT, odpowiedzialny za przygotowania olimpijskie, oddelegował mnie z resortowego Centrum, gdzie byłem zatrudniony do przygotowań olimpijskich Pawła Nastuli. Zostałem głównym konsultantem do współpracy z Pawłem Nastulą i jego trenerem, Wojtkiem Borowiakiem. Współpraca układała się znakomicie. Opracowałem program przygotowań i, wspólnie z Instytutem Sportu i psychologiem Darkiem Nowickim, stworzyliśmy bardzo sprawnie działający zespół. Te indywidualne przygotowania zaowocowały zdobyciem przez Pawła mistrzostwa świata w Makuhari i złota olimpijskiego w Atlancie.
Po IO nasze drogi z Wojtkiem Borowiakiem rozeszły się. «Wziąłem swoje zabawki» i wróciłem do pracy w resortowym Centrum.W Atlancie, oprócz Pawła Nastuli, który przez następne trzy lata nie przegrał żadnej walki i został nagrodzony przez Europejską Unię Judo i uznany za aktualnie najlepszego zawodnika na świecie, srebrny medal zdobyła Aneta Szczepańska.”

„Ponownie zostałem trenerem kadry seniorów pół roku przed igrzyskami w Sydney. To był mój największy błąd. Jak można przygotować zawodnika do IO w pół roku? Gdy w PZ Judo podziękowano Januszowi Pawłowskiemu za prowadzenie kadry narodowej, ja kontynuowałem pracę w resortowym Centrum. Bez przekonania, prawie żartem powiedziałem w Związku, że mógłbym przygotować zawodników do Sydney, przekonany, iż Związek nie weŸmie pod uwagę mojej kandydatury, a mój przełożony, Stefan Paszczyk, nie zgodzi się. Ku mojemu zdziwieniu Związek wystąpił do Paszczyka o oddelegowanie mnie do przygotowań olimpijskich, na co ten ochoczo się zgodził. Dałem się głupio złapać. Na pięć miesięcy przed olimpiadą dostałem zawodników «drugiego składu» do przygotowań olimpijskich. Formalnie trenerzy zgłaszali akces współpracy, ale w rzeczywistości robili uniki. Tak naprawdę miałem do dyspozycji dwóch bardzo nielubiących się, utytułowanych zawodników: Pawła Nastulę i Rafała Kubackiego. «Kuba» był zajęty zdjęciami do roli Ursusa w filmie «Quo Vadis», które miały zakończyć się dwa miesiące przed igrzyskami, ale znacznie się przeciągnęły. «Nastek» miał rozregulowaną technikę, bowiem do Polski przyjechał na studia trener Hiromi Tomita i stwierdził, że mistrz świata i olimpijski nieprawidłowo wykonuje techniki podstawowe. To, co było najmocniejszą bronią «Nastka», poszło w niepamięć. «Kuba» trenował nie judo, lecz głównie ciężary, spędzając dużo czasu na planie zdjęciowym. Na domiar złego odwróciło się ode mnie szczęście. Sport to wojna, a już Napoleon Bonaparte twierdził, że na wojnie on nie potrzebuje mądrych generałów, tylko takich, którzy maja szczęście. W końcówce przygotowań «Nastek» zaczął odzyskiwać wysoką formę. Niestety na zgrupowaniu we Francji nie posłuchał mnie i w ostatnim randori wypadł poza matę na beton – kontuzja barku i koniec marzeń o medalu. «Kuba» stracił «czucie», ponieważ nie uczestniczył w treningach judo; myślał, że nadrobi, ćwicząc siłę. Przesadził! Do tego popełniłem niewybaczalny błąd, dając się namówić na wyjazd do Sydney na trzy tygodnie przed startem, w celu aklimatyzacji. Miałem czterech zawodników. Dwóch ciężkich, «Nastek» i «Kuba», nie chciało ćwiczyć ze sobą. Nie mieliśmy sparingpartnerów. Wakacje. Kluby w Sydney wyludnione. Wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Na miejscu okazało się, że Kozielewski ma nawykowe zwichnięcie stawu barkowego, co ukrył jego trener klubowy. Mój cichy faworyt, pracowity Krawczyk, powtórzył błąd Adama Adamczyka z Montrealu. Wykonał dobre «wejście» do rzutu i... wycofał się. Został skontrowany i było po olimpiadzie. Wróciłem sfrustrowany do resortowego Centrum, gdzie do dziś przestrzegam trenerów przed popełnieniem podobnych błędów. Nie żałuję jednak, że tyle czasu w życiu poświęciłem na judo. Judo dało mi bardzo dużo, z wyjątkiem pieniędzy. Ale chciałem «być» zamiast «mieć» i chyba to osiągnąłem. Dzięki judo uporządkowałem w życiu wiele spraw. Nauczyłem się dobrej organizacji pracy. Mam duże doświadczenie trenerskie, które – jako dyrektor w Centralnym Ośrodku Sportu – przekazuję trenerom innych dyscyplin.”