Stanisław Tokarski

: Function ereg() is deprecated in /var/www/clients/client3/web5/web/modules/paging/paging.module on line 106.

„Kiedy Grecy po raz pierwszy żeglowali przez Czarne Morze, czyhały na nich bajeczne potwory, zdradzieckie wiatry zsyłane przez zagniewanych bogów, skryte podwodne rafy, niespotykane nigdzie wiry i okrutni tubylcy. Bariera psychologiczna była większą zaporą niż gśgraficzne, klimatyczne i militarne przeszkody. Jazon jednak zebrał grono śmiałków i ruszył po złote runo do legendarnej Kolchidy. By wykonać zadanie i powrócić żywym, potrzebował jednak nie tylko szczęścia i przyjaznych wiatrów, ale czarów i wiedzy pięknej Medei.
Pierwsze pokolenia polskich judoków to romantycy szukający wielkiej przygody i lauru sławy. Część z nich osiągnęła już wysoki poziom sportowy w jakiejś innej dyscyplinie, a do sztuk walki zwabił ich urok nowości. W Polsce końca lat 50., kraju odgrodzonego od reszty świata szczelną kurtyną, judo było oknem na świat. Pochodziło z dalekiej Azji, ale wiodło nas ku zachodniej Europie, było prastarą koncepcją samoobrony, a stosowało niezwykle odkrywczą dla wieku XX strategię bojową w starciu wręcz. Ekspert od ciała stałego, profesor W. Zawadzki, nazwał judo „fizyką stosowaną”, podkrśelając jego „nowoczesne rozwiązania”. Judo stanowiło sekret Japończyków, którzy niedawno pobili Rosjan, Brytyjczyków i niemalże Amerykanów – jśeli nie drogą wojny, to ścieżką gospodarki. Poza tym, w owych czasach powszechnej niewiedzy o Azji (bo nie było Internetu, telewizji satelitarnej, wymienialnej złotówki i otwartych granic, były natomiast w nadmiarze stacje zagłuszające wszelką zagraniczną informację) judo stało się kluczem do wszystkich praktyk bojowych Dalekiego Wschodu. Było też wielką obietnicą. Zapowiadało totalną wojnę z wszechwładną grawitacją, pozwalało trickiem pokonać siłę, wagę i wszelkie inne uwarunkowania czasu i przestrzeni, które człowieka krępują od narodzin do śmierci.
Polscy judocy epoki początków to przede wszystkim studenci. Prestiż medalu na europejskiej Uniwersjadzie wydawał się dla nich większy niż wszelkie inne turnieje rangi światowej, których zresztą wtedy prawie nie było. Akademickie Mistrzostwa Europy 1964 w holenderskim Delft były pierwszą, jedyną tego rodzaju imprezą w historii. Stanowiły więc wielką niewiadomą. Potem już organizowano kolejne turnieje AMŚ. Mimo że od zwycięstwa dzieliła dotąd Polaków nieprzekraczalna bariera psychologiczna, jechałem do holenderskiej Mekki judoków z nadzieją. Był to dla mnie dobry sezon. Wygrałem w nim na Międzynarodowym Turnieju Warszawskim z finalistą ME Austriackim Reizingerem, a nieco wczśeniej z bardzo groŹnym Szwajcarem Hśnnim, który za pół roku miał stać się srebrnym medalistą Igrzysk Olimpijskich w Tokio. Mimo że w czasach moich początków Polacy z reguły przegrywali już pierwsze walki na drużynowych i indywidualnych spotkaniach międzynarodowych (nieliczne wyjątki to K. Jaremczak, J. Okrój i W. Sikorski), mnie udało się kilka razy wygrać. Zdobyłem więc po raz pierwszy w historii polskiego judo złoto w Warszawskim Turnieju Międzynarodowym, ze względu na obsadę nazywanym wtedy Małymi Mistrzostwami Europy, a w meczu Polska – Węgry wykonałem na brązowym medaliście ME w 10. sekundzie walki rzut ouchigari, w pierwszej polskiej transmisji turnieju kierując go na kamery, co uczyniło ową technikę „kosmicznym lotem” transmitowanym przez conajmniej tydzień, częściej niż dziś najwyżej płatne reklamy. Wygrałem też w roku 1964 MP w dwóch kategoriach: w wadze lekkiej i wszechwagach. W poprzednich ME byłem bliski medalu, nie miałem jednak szczęścia. W Genewie w roku 1963 wygrałem trzy walki, zdobywając 5. miejsce. W tych mistrzostwach Jan Okrój zdobył brązowy medal.”
„Walkę z mistrzem Europy Aronem Bogolubowem przegrałem przede wszystkim przez nonszalancję. Już w pierwszej minucie rzuciłem go na uchi-matę. Przekonany, że uzyskałem ippon, odwróciłem się do leżącego tyłem i odszedłem. Sędziowie przyznali jednak wazari, a A. Bogolubow zerwał się, dogonił mnie i skokiem założył dŹwignię, ściągając mnie na ziemię. Z kolei ME w Berlinie były popisem sędziów rekrutowanych wówczas tylko z zachodniej Europy. Owa jednostronność obsady spowodowała wyeliminowanie dwóch Czechów, dwóch Polaków, dwóch Węgrów i dwóch Rosjan. Sędziowanie w tych latach było „niejawne”, jśeli walka nie kończyła się przed czasem, wiadomo było, kto wygra. W takim kontekście przegrałem z finalistą ME 1964, Reisingerem, nad którym miałem przewagę dwóch koka (kilka tygodni przedtem wygrałem z nim w Warszawie). Ostatnią szansą zakwalifikowania się na pierwsze dla judo Igrzyska Olimpijskie (Tokio 1964) były Akademickie Mistrzostwa Europy. Sugerowano, że złoty medal da mi szansę startu w Tokio. Ale nikt nie wierzył, że jakikolwiek Polak może zdobyć złoto na imprezie europejskiej. Byłem jednak pełen nadziei, choć dobry nastrój popsuła mi wiadomość, że w AME mogą startować azjatyccy studenci uniwersytetów Europy, a więc niepokonani do owego czasu Japończycy, znani mi z polskich staży Koreańczycy i Chińczycy. Mistrzostwa odbywały się w Holandii. Do Delft jechaliśmy pociągiem, w którym spotkałem znanych mi z ME reprezentantów Czech, Węgier i Jugosławii, którzy nagle „zaczęli studiować”. Zdałem więc sobie sprawę, że poziom może być bardzo wysoki. W poprzedzającym indywidualne spotkania turnieju drużynowym polska reprezentacja akademicka została wyeliminowana. Po pierwszej turze AME moi koledzy odpadli i zostałem sam. Pokonałem jednak bardzo dobrego Belga, potem Austriaka, Francuza i Jugosłowianina, by niespodziewanie znaleŹć się w gronie finałowym, wśród wielkich sław. Miałem walczyć z Anglikiem (nie wiem, czy to był Jacks), o ile pamiętam, wygrywał potem kilkakrotnie mistrzostwa Europy, a i wówczas wydawał się niepokonany. Mój niśceniony trener Jan Ślawski, do którego dobrego oka miałem ogromne zaufanie, zauważył jednak, że angielski mistrz zerka czasem na narzeczoną, co go odsłania, bo nie widzi wówczas w pełni partnera. To w moim przekonaniu dawało jakąś szansę, szczególnie po tym, co niedawno wydarzyło się w Gdańsku. Jan Ślawski wypatrzył lukę w równowadze u broniącego tytułu na MP Ryszarda Zieniawy, co pozwoliło Wojtkowi Niedziałkowi z naszego AZS skontrować go w trakcie własnej ucieczki (okuri ashi harai) i zawieŹć do domu złoto, choć nikt na niego nie stawiał. Wyszedłem więc do ostatniej walki (finały trwały wówczas 10 minut) z wielką wolą przetrwania dzięki tajnej broni, jaką miała być strategia. Mój przeciwnik, zawodnik doskonale wyszkolony technicznie i bardzo szybki, błyskawicznie uzyskał nade mną kilka drobnych przewag. Padając , najczęściej na brzuch, i wstając raz po raz, nie stosowałem żadnej kontry, czekając na właściwy moment. Atakowałem w sposób bezpieczny, by nie dostać napomnienia za pasywność. Wtedy nadszedł oczekiwany moment. Po którymś z moich potknięć Anglik obejrzał się, a ja go podciąłem. I to był koniec walki. Mam nadzieję, że narzeczona dostrzegła stopy narzeczonego, bo poszybowały bardzo wysoko. Anglik był tak zdumiony, że nie pogratulował mi złota ani podczas dekoracji, ani po naszym hymnie. Dopiero wieczorem na bankiecie, przynosząc drobny podarunek, wraz ze słowami „you fox” uścisnął mi z uznaniem rękę. Ten medal otworzył niejako drogę Polakom na podia wszystkich wielkich imprez. Stwierdzali to moi koledzy, medaliści ME i MŚ. Dystans psychologiczny bardzo się skrócił, a poza tym wszyscy nabrali apetytu na złoto. Należy jednak pamiętać, że owa seria sukcesów wiązała się nie tylko z psychologią, ale i strategią treningową. Warto też podkrśelić, jak mądrze postępowali nasi trenerzy. Pragnę napisać parę ciepłych słów o moim. Jan Ślawski ściśle, ale mądrze, kopiował najlepsze wzorce francuskiego judo przeniesione do Polski przez repatriantów Adama Nidzgórskiego i Henryka Gielca. Braki techniczne uzupełniał wiedzą wyniesioną ze studiów AWF i podwójnej specjalizacji w sportach walki (judo, boks). Zachęcał nas do obserwacji najlepszych zawodników europejskich, radząc kopiować w pewnych aspektach ich system ataku i obrony. Bardzo wysoko cenił wiedzę i doświadczenie, nie przedkładając techniki nad psychikę. Mając podczas studiów orientalistycznych możliwość zetknięcia się ze strategiami doskonalenia psychiki w Azji, mogłem sięgnąć tam, gdzie on wskazywał. Postulował doskonalenie nie tylko fizyczne i techniczne, ale i psychiczne – szkolenie odwagi i rozwagi, a więc bojowej mądrości. Z tego względu podejmowałem wówczas prace w filmach jako kaskader, traktując to jako szkołę odwagi. W zrozumieniu istoty wygrywania wiele też zawdzięczam Waldkowi Sikorskiemu, który potrafił połączyć doskonalenie dzielności bojowej z szacunkiem dla elegancji i kultury ruchu wyniesionej z gimnastyki. Bez tego judo przestaje być sztuką i staje się nie drogą do wielkich zwycięstw, ale ścieżką bez wyjścia, sportowym zakamarkiem wiodącym do nikąd.”

„Dla mnie przełomowym momentem stał się kontakt z wybitnym zawodnikiem i trenerem japońskim, Masao Watanabe. Był on finalistą mistrzostw Japonii, a każdy jego ruch stanowił lekcje strategii. Poza doskonałą techniką, dysponował tak wielką szybkością, że Europejczycy nie mogli nawet o niej marzyć. Kilka tygodni sparringów z nim i z jego najlepszym uczniem, Niemcem Miebachem, pozwalało zupełnie zmienić styl ataku i obrony. Sensowne wydawało się więc sprowadzenie do Polski wybitnego zawodnika japońskiego na stałe, przede wszystkim po to, by oswoić Polaków z azjatyckim tempem walki. Takie posunięcie stało się możliwe dopiero wówczas, gdy trenerem kadry został Waldemar Sikorski. Jego współpraca z Hiromi Tomitą dała następnym generacjom polskich judoków szansę, o jakiej ja nie mogłem nawet marzyć. Poza tym ośmioletnia przerwa olimpijska (judo wprowadzono na stałe do programu olimpijskiego dopiero w Monachium w 1972 r.) i bardziej realna możliwość robienia kariery naukowej wyeliminowały mnie z grona przyszłych olimpijczyków. Na Monachium byłem już za stary.”