Waldemar Sikorski

: Function ereg() is deprecated in /var/www/clients/client3/web5/web/modules/paging/paging.module on line 106.

Moja przygoda z judo zaczęła się całkiem banalnie. Na trzecim roku studiów w Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie w 1957 r. wymagano od studentów, aby specjalizowali się w jednym z trzech przedmiotów fakultatywnych: szermierce, ciężarach lub judo. Wybrałem judo, mimo że od czterech lat wyczynowo uprawiałem gimnastykę przyrządową i w niej upatrywałem, zarówno ja, jak i mój trener, dalszą karierę sportową. Zacząłem uczęszczać dwa razy w tygodniu na treningi judo, równolegle trenując codziennie gimnastykę w klubie „Start”, a następnie w „Warszawiance”. Początkowo judo traktowałem tylko jako ciekawą przygodę. W tym czasie, mimo że powstał Polski Związek Judo, a rok wcześniej w mieście Łodzi rozegrano pierwsze mistrzostwa Polski, judo traktowano bardziej jako samoobronę i sztukę walki niż poważną dyscyplinę sportową. Trenerem sekcji judo AZS-AWF był Aleksander Muszyński. Średniego wzrostu, dobry demonstrator i pedagog, cieszył się autorytetem wśród studentów. Rok 1959 był dla mnie przełomowy. Po ukończeniu studiów z tytułem magistra wychowania fizycznego, trenera gimnastyki i judo zostałem zatrudniony w WKS Legia Warszawa do prowadzenia treningów w sekcji gimnastycznej. Zdecydowałem się na poważne traktowanie judo. Niestety, Olek Muszyński uległ wypadkowi i sekcja AZS-AWF została bez trenera. Zwróciliśmy się do kierownika Katedry Ciężkiej Atletyki i pierwszego prezesa Polskiego Związku Judo Tadeusza Kochanowskiego, aby został naszym trenerem. Wyraził zgodę, ale będąc człowiekiem bardzo zajętym, przekazał część swoich kompetencji praktycznych jednemu z naszych doświadczonych kolegów, medaliście pierwszych mistrzostw Polski – Albertowi Soli. Trenowaliśmy ambitnie i intensywnie, przygotowując się do I Drużynowych Mistrzostw Polski w Cieszynie, gdzie zespół AZS-AWF zajął drugie miejsce za GKS-em Wybrzeże Gdańsk, a ja, dzięki udanemu występowi, zostałem powołany do kadry narodowej. W następnym roku miał miejsce pierwszy start międzynarodowy w Budapeszcie. Tam bliżej poznałem moich bardziej doświadczonych i utytułowanych kolegów. Ryszard Zieniawa i Kazimierz Jaremczak byli już posiadaczami czarnych pasów. W spotkaniu drużynowym z Węgrami przegraliśmy, ale bohaterem zawodów był Kazik Jaremczak, który pokonał przez rzut prawie dwa razy cięższego od siebie przeciwnika Dawida, który przy naszym zawodniku wyglądał raczej jak Goliat. Kilka miesięcy później odbył się rewanż w Warszawie. Nowa, prawie nieznana dyscyplina sportu pochodząca z kraju kwitnącej wiśni przyciągnęła do Hali Gwardii komplet widzów. Kazik Jaremczak znowu wygrał. W pierwszych sekundach walki debiutant, późniejszy akademicki mistrz Europy Staszek Tokarski, rzucił na plecy Węgra, stosując podcięcie wewnętrzne o-uchi-gari i wygrał przed czasem. Tym razem olbrzymi Dawid, brązowy medalista mistrzostw Europy w wadze ciężkiej, był moim przeciwnikiem. Wygrana z nim przyniosła nam sukces. Cieszył się również sędzia arbiter tego spotkania, Czechosłowak Lebeda, który przyjechał wcześniej na zaproszenie Związku, aby poprowadzić kurs doszkoleniowy trenerów. Zanim spotkaliśmy się z Japończykami, tajniki judo przekazywali nam Czesi: Lebeda, Piszin, Synek oraz ówczesny wiceprezes Europejskiej Unii Judo Picart. Również bardziej zaawansowani od nas w judo Niemcy z NRD: Wolf i Jahn uczestniczyli w egzaminach na stopnie i nadawali polskim judokom pierwsze stopnie dan, podczas gdy my pilnie studiowaliśmy wszelkie dostępne ilustrowane podręczniki tłumaczone z japońskiego na francuski i angielski (np. Kawaishi). Po wygranych walkach z zawodnikami węgierskimi moja motywacja do treningów wzrosła do tego stopnia, że zacząłem trenować dwa razy dziennie: wcześnie rano przed śniadaniem – w terenie trening ogólnorozwojowy, po południu trening na macie. Prawdopodobnie zbyt intensywne treningi, bez nadzoru doświadczonego trenera, spowodowały przeciążenie aparatu ruchowego, czego wynikiem był uraz kolana, który w zasadzie wyeliminował mnie ze sportu wyczynowego. Jeszcze kilkakrotnie w następnych latach (1961-1964) próbowałem wrócić do kariery zawodniczej i nawet udało mi się zdobyć I miejsce w swojej kategorii i II w kategorii open w AMP (po przegranej w finale z S. Tokarskim), lecz odnawiający się uraz stawu kolanowego ostatecznie przekreślił moje plany. Wtedy mój ówczesny trener Jan Ślawski zaproponował mi zatrudnienie w sekcji AZS-AWF w charakterze trenera judo. Dalsza moja kariera w tej dyscyplinie sportu to 13 lat pełnienia funkcji trenera kadry narodowej i olimpijskiej – przygotowanie zawodników do trzech kolejnych igrzysk olimpijskich. Następnie dziesięcioletnia praca w charakterze pracownika naukowego w Instytucie Sportu oraz kadencja na stanowisku prezesa PZ Judo i wreszcie pracownika dydaktycznego kształcącego instruktorów oraz trenerów judo i karate tradycyjnego w Wyższej Szkole Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi.