Waldemar Sikorski

: Function ereg() is deprecated in /var/www/clients/client3/web5/web/modules/paging/paging.module on line 106.

Latem 1967 roku wiceprezes ds. szkolenia Janusz Pawluk, w imieniu zarządu PZ Judo, zaproponował mi objęcie funkcji trenera kadry. Wcześniej pełnił ją mój kolega klubowy, również absolwent AWF-u, Michał Dzierzbicki. Przed podpisaniem umowy wyjechałem z Januszem na zgrupowanie szkoleniowe do OPO Oliwa. Powołano na nie zawodników z kadry narodowej oraz aktualnie najbardziej obiecującą młodzież, spośród której wyłonili się przyszli reprezentanci kraju, medaliści mistrzostw Europy, świata i igrzysk olimpijskich: Antoni Zajkowski, Czesław Kur, Marian Tałaj, Antoni Reiter i wielu innych, mniej utytułowanych, ale świetnych zawodników. Objęcie tej funkcji było dla mnie wielkim wyzwaniem i prestiżem, mimo że miałem już kilkuletnie doświadczenie trenerskie. Ale być trenerem kadry to co innego. W PZ Judo, jak się później dowiedziałem, obawiano się czy zawodnicy kadry narodowej, moi koledzy i rówieśnicy, będą rozumieli moje, często trudne, decyzje. Postanowiłem bowiem zwiększyć znacznie wymiar pracy treningowej, głównie przez centralizację szkolenia. Na szczęście większość z moich, często utytułowanych kolegów, że wymienię tylko Kazika Jaremczaka, Czesława Łaksę, Czesława Kura, już medalistów mistrzostw Europy, nie tylko zaakceptowała mnie, lecz respektując moje polecenia, pomagała mi dając dobry przykład młodzieży. Współpraca z trenerami klubowymi, centralizacja szkolenia i zwiększenie wymiaru pracy treningowej już w roku 1968 zaczęły przynosić rezultaty: brązowy medal Czesława Kura w Mistrzostwach Europy w Lozannie, złoty – Mariana Tałaja, srebrny – Piotra Liese i brązowy – Wacława Czarneckiego w Mistrzostwach Europy Juniorów w Londynie oraz cztery brązowe medale Uniwersjady w Lizbonie: Andrzeja Pawlaka, Ksawerego Borowika, Włodzimierza Lewina i Edwarda Suchana. Rezultaty te pozwalały optymistycznie patrzeć w przyszłość, chociaż byliśmy świadomi, że w aspekcie przygotowań do pierwszych Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1972 r. wszystkie kraje zintensyfikują swoje przygotowania. Naszymi atutami były: zdolna, mocno zmotywowana młodzież, dobra współpraca z trenerami klubowymi, świetna atmosfera w kierownictwie PZ Judo, gdzie między prezesem Bogusławem Skutem, wiceprezesem ds. szkolenia, Januszem Pawlukiem i sekretarzem generalnym i kierownikiem Biura Janem Ślawskim panowała zgoda co do tego, że celem nadrzędnym Związku są cele statutowe: rozwój judo i sukcesy sportowe. Po stronie naszych słabości leżał kompleks w stosunku do judo japońskiego, które znaliśmy tylko dzięki sporadycznym wizytom japońskich trenerów-zawodników wizytujących nasz kraj i udzielających nam srogich lekcji. Również obserwacje zawodników japońskich podczas zawodów, zwłaszcza mistrzostw świata, w których wygrywali oni przed czasem gros walk, utwierdzały nas w przekonaniu, że Japończycy w judo są nie do pokonania, zwłaszcza z powodu błyskotliwej techniki. Gdy włączenie judo do programu igrzysk olimpijskich stało się faktem, postanowiliśmy w Związku, że zatrudnimy japońskiego judoka. Miał to być zawodnik, który dopiero zakończył karierę sportową, co gwarantowałoby jego wysoką sprawność fizyczną. W długich negocjacjach bardzo pomogła nam ambasada japońska. W końcu przyjechał Hiromi Tomita. Średniego wzrostu, ważący około 75 kg, zbudowany prawie jak kulturysta, dysponował świetną techniką. Już na pierwszym treningu w OPO Warszawa udowodnił wyższość japońskiego judo, rzucając w randori po kolei wszystkich naszych zawodników, bez względu na ich masę ciała i doświadczenie w walce. Przed przyjazdem Hiromiego Tomity postanowiono w Związku, że będzie on pracował w ośrodku olimpijskim, który początkowo usytuowano w Warszawie, a następnie w OPO Oliwa. Wyselekcjonowano dwunastu najbardziej perspektywicznych i już utytułowanych zawodników, wśród których znaleźli się młodzi utalentowani judocy oraz medaliści mistrzostw Europy seniorów i juniorów. Należy pamiętać, że był to okres w sporcie wyczynowym, kiedy wysokie rezultaty we wszystkich dyscyplinach sportu osiągano głównie dzięki zwiększaniu wymiaru pracy treningowej. I zgodnie z tym założeniem stworzono warunki judokom, którzy skoszarowani, na stałe zamieszkali w ośrodku olimpijskim. Zaczęła się niemal katorżnicza harówka: ciężkie ogólnorozwojowe rozruchy poranne, następnie dwa treningi dziennie i po kolacji „trening serca”, polegający na 30-minutowej medytacji w niewygodnej nieruchomej pozycji klęcznej – seiza. Nie wszyscy byli w stanie wytrzymać tak ciężki trening i niekiedy sami próbowali zmniejszyć obciążenia. Pamiętam dzień, gdy Hiromi zważył przed treningiem biegowym każdego z zawodników i kazał im biegać około 10 km, aż do zgubienia 1 kg masy ciała. Jeden z zawodników postanowił oszukać na wadze, inny, zamiast biegać, postanowił stracić na wadze w saunie. Gdy Hiro się o tym dowiedział, zarządził zbiórkę i jeszcze nie w pełni literacką, ale zrozumiałą dla wszystkich polszczyzną wytłumaczył, że kłamstwo jest jak kradzież, bowiem społeczeństwo polskie stwarza im dobre warunki do treningu, a oni, nie dając z siebie wszystkiego, „kradną” oczekiwania społeczne na sukces olimpijski. Była to lekcja etyki „po japońsku”. Zapraszając japońskiego trenera, oczekiwaliśmy, że nauczy naszych judoków doskonałości technicznej, a on wpajał zasady moralne i wiarę, iż aby pokonywać innych, uprzednio trzeba nauczyć się pokonywać własne słabości. Był człowiekiem bardzo wymagającym – zarówno od zawodników, jak i od siebie. Przez pewien czas pilnie uczył się języka polskiego w szkole, z dumą przedstawiając zawodnikom swoich siedmioletnich „kolegów i koleżanki” z I klasy. Kiedy kupił rękawiczki i chciał kupić skarpetki, dziwił się bardzo, że to nie „nogawiczki”, a słowo „ofiara” to nie tylko nieudacznik, lecz również poszkodowany w wypadku. Zdał egzamin na prawo jazdy, kupował za granicą longplaye i organizował zawodnikom „Hiroteki”. Wierzył, że sukcesy sportowe można osiągnąć tylko dzięki ciężkiej pracy. Po kilku miesiącach trudnych treningów judocy wystartowali z nadziejami na zdobycie medali w Mistrzostwach Europy Seniorów 1970 r. Nadzieje były uzasadnione, bowiem z poprzednich mistrzostw judocy przywieźli medale srebrny i brązowy. Niestety, tym razem wrócili na tarczy. Szczególnie rozczarowani byli zawodnicy, bowiem pracowali ciężej niż kiedykolwiek. Również władze sportowe krytycznie oceniły występ w mistrzostwach. Kierownictwo PZ Judo nie było tak niecierpliwe. Prezes Bogusław Skut był jednocześnie trenerem jednego z najmocniejszych klubów w Polsce – „Lotnika” Warszawa, sekretarz generalny Jan Ślawski prowadził AZS „Siobukaj” Warszawa, wiceprezes ds. szkolenia Janusz Pawluk był medalistą mistrzostw Polski. Wszyscy oni rozumieli, że ciężka praca treningowa nie może po sześciu miesiącach przełożyć się na wysokie wyniki sportowe. Po konsultacjach z Polskim Komitetem Olimpijskim ustalono, że sprawdzianem dla zawodników i Hiromiego Tomity będą następne mistrzostwa Europy, a minimum, jakie muszą uzyskać zawodnicy, będzie zdobycie dwóch medali. Hiromi, bardzo zadowolony z takiego kredytu zaufania, stwierdził nieco buńczucznie, że „za rok będzie pięć medali”. Filarami kadry olimpijskiej byli: Wiesław Pasieka, Antoni Zajkowski, Marian Tałaj, Czesław Kur, Jerzy Jatowtt, Antoni Reiter, Adam Adamczyk, wspierani przez Waldemara Ogończyka, Leszka Lewackiego, Wacława Czarneckiego, Wojciecha Dworczyńskiego i Waldemara Zausza. Wszyscy oni mieli już za sobą sukcesy na arenie międzynarodowej i byli aktualnymi medalistami mistrzostw Polski. Wytężona praca w ośrodku olimpijskim, wspomagana przez zawodników klubowych Ryszarda Zieniawy – GKS „Wybrzeże” Gdańsk, i w mniejszym zakresie, zawodników WKS „Floty” Gdynia z trenerem Wiesławem Sawickim, przeplatana była zgrupowaniami kadry narodowej i turniejami międzynarodowymi. Wyniki, jakie osiągnęli zawodnicy kadry olimpijskiej w turniejach międzynarodowych w roku 1970 i początkach roku 1971, pozwalały patrzeć w przyszłość z umiarkowanym optymizmem.