Waldemar Sikorski

: Function ereg() is deprecated in /var/www/clients/client3/web5/web/modules/paging/paging.module on line 106.

Maj 1971. Mistrzostwa Europy w Goteborgu. Srebrny medal Antoniego Zajkowskiego nie satysfakcjonuje ani władz PKOl-u, ani PZ Judo. Analiza przygotowań do ME wykazuje, że podczas przygotowań A. Zajkowski spędził najmniej dni z kadry olimpijskiej w OPO Oliwa, bowiem przygotowywał się do egzaminów dyplomowych i obrony pracy magisterskiej. W PZ Judo i PKOl-u, który był formalnym miejscem zatrudnienia Hiromiego Tomity, rozważano propozycję odsunięcia go od kadry olimpijskiej i zaproponowanie mu prowadzenie kursów doszkalających dla trenerów oraz wizytowania klubów judo i prowadzenia tam treningów. Mieliśmy z Januszem Pawlukiem lepszy pomysł. Do igrzysk olimpijskich pozostał rok. Hiromi, ja i moja żona Urszula, jako kierownik i nauczycielka języka angielskiego, będziemy jeździć z zawodnikami kadry olimpijskiej do wcześniej wytypowanych najlepszych w Polsce klubów na dwutygodniowe treningi i sparingi, a następnie wracać do ośrodków w Oliwie, Zakopanem i Cetniewie w celu przygotowania się z pozostałymi zawodnikami kadry narodowej do prestiżowych zawodów międzynarodowych, mistrzostw świata, następnie mistrzostw Europy i w końcu do Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Koncepcja została zaakceptowana przez Zarząd PZ Judo, PKOl i, co najważniejsze, przez Hiromiego Tomitę. Taki program przygotowań umożliwiał wykorzystanie bardzo dużych umiejętności specjalistycznych Hiromiego, zmniejszenie wymiaru pracy treningowej na korzyść zwiększenia jej intensywności i odpowiednie modelowanie bezpośredniego okresu startowego. Postanowiono uczyć zawodników języka angielskiego, lecz były trudności ze znalezieniem lektora, który jeździłby razem z zawodnikami. Wówczas pomyślałem o mojej żonie pracującej w „Lingwiście” w charakterze wykładowcy języka angielskiego. Mogłaby również pełnić funkcję kierownika zgrupowań. Oddelegowanie jej nie było proste, lecz w końcu zostało uwieńczone sukcesem. Pierwsze zgrupowanie zostało zorganizowane w klubie GTS „Wisła” Kraków. W klubie zapanowała pełna mobilizacja – przecież przyjeżdża kadra olimpijska. Pomoc trenerów klubowych w przygotowaniach była nieoceniona. Bez ich akceptacji, współudziału i zaangażowania ten, jak nieco ironicznie mówiono: „cyrk objazdowy” nie miałby szans powodzenia. Po zgrupowaniu w Krakowie zawodnicy przez tydzień trenowali w rodzimych klubach i ponownie spotykali się w OPO Cetniewo na zgrupowaniu kadry narodowej przed mistrzostwami świata, z których Antoni Zajkowski wrócił z pierwszym w historii judo medalem (brązowym) MŚ. Inni zawodnicy, chociaż bez medali, też zaprezentowali się dobrze. Sukces Antka był tym większy, że zdobyty w trudnej rywalizacji, bowiem w mistrzostwach uczestniczyło po dwóch zawodników z każdego kraju, a więc dwóch Japończyków, dwóch zawodników ze Związku Radzieckiego, dwóch z Francji, NRD itd. Do igrzysk olimpijskich pozostało nieco mniej niż dziewięć miesięcy. Po drodze były jeszcze mistrzostwa Europy, ale potraktowano je tylko jako jeden ze sprawdzianów. Wyjechaliśmy na zgrupowanie wypoczynkowe do Złotych Piasków w Bułgarii. Piękna pogoda, humory dopisywały, zawodnicy postanowili nawet nauczyć Hiromiego pływać i – bez jego akceptacji – wrzucili go w ubraniu do wody. Potraktował to bardzo poważnie, jakby poniósł uszczerbek na honorze. Zawodnicy nie wzięli pod uwagę różnic kulturowych dzielących Polskę i Japonię. Oni potraktowali to tylko jako żart, a nawet przejaw sympatii dla trenera. Dopiero moja małżonka przekonała go, że zawodnicy nie mieli złych intencji. Ula miała dobry wpływ na niego i zawodników, występując często jako rozjemca. Nie zawsze i nie wszystko szło jak z płatka. Trudne było zgrupowanie we Wrocławiu, na dawnych obiektach olimpijskich. Upływał drugi rok centralizacji szkolenia. Zdarzały się kontuzje, grypa i przemęczenie nie ominęły, zdawałoby się, człowieka z żelaza, Tomity. Ale najtrudniejsza była rozłąka z bliskimi. Trenerzy Gwardii i AZS Wrocław Stanisław Siewior i Adam Wojno dobrze przygotowali swoich zawodników klubowych do sparingów z kadrą, przecież były to jedne z najmocniejszych klubów w Polsce. Pomagali w prowadzeniu treningów, organizacji zgrupowania, ale także w organizacji czasu wolnego. Tworzyli przyjazną, koleżeńską atmosferę, co było szczególnie ważne przed zbliżającymi się Mistrzostwami Europy w Hadze. W Hadze brązowy medal zdobył Marian Tałaj. Do igrzysk olimpijskich pozostało nieco ponad dwa miesiące. Mieliśmy dwóch świetnych zawodników w tej samej kategorii wagowej – lekkiej: bardziej utytułowanego brązowego medalistę ostatnich mistrzostw świata i dwukrotnego srebrnego mistrzostw Europy Zajkowskiego i młodszego złotego medalistę mistrzostw Europy juniorów i świeżo upieczonego medalistę mistrzostw Europy seniorów, z wyraźnie zwyżkującą formą sportową M. Tałaja. Po naradzie w gronie szkoleniowców zapadła decyzja, że Antek Zajkowski będzie startował w igrzyskach w swojej kategorii wagowej, a Maniek Tałaj „zbije” około 8 kg do kategorii 63 kg. Decyzja bardzo trudna, ale Marian przyjął ją po męsku i postanowił drastycznie obniżyć wagę ciała. Jak miał tego dokonać? Przecież już był wręcz chudy. Radziliśmy się naszego lekarza, lekarza zapaśników, który miał w tym duże doświadczenie, oraz dietetyków. Poradzili, żeby obniżać wagę schodkowo: jeden kilogram tygodniowo, a przez następny tydzień tę wagę utrzymywać. Teoria sobie, a życie sobie. Konieczne było również dostosowanie treningu w taki sposób, aby zawodnik jak najmniej stracił na wydolności, sile i szybkości. A oto jak ja sam jako trener wspominam ten trudny okres: Ostanie zgrupowanie przed igrzyskami odbywało się w COS Zakopane. Pomimo że dojo jest niewielkie, lubimy ten ośrodek ze względu na przyjazną atmosferę, smaczne wyżywienie, no i te góry, w których zostawiliśmy tyle potu. Atmosfera na zgrupowaniu bardzo dobra, chociaż wyczuwało się podniecający stan napięcia przedstartowego. Skład reprezentacji olimpijskiej był już ustalony i zaakceptowany przez władze polskiego sportu: w wadze piórkowej miał wystartować – z naszymi cichymi nadziejami na medal – Marian Tałaj, w kategorii lekkiej – najbardziej utytułowany judoka Antoni Zajkowski, w wadze średniej nadzieja Hiromiego Tomity – Adam Adamczyk i, w kategorii półciężkiej, brązowy medalista Uniwersjady – Włodzimierz Lewin. Jeszcze tylko uroczyste ślubowanie, złożenie podpisów pamiątkowych na polskiej fladze, przyjęcie od miasta upominków – góralskich kapeluszy, w których będziemy paradowali po wiosce olimpijskiej – i wyjazd do OPO Warszawa, a stamtąd samolotem do Monachium. Przylecieliśmy wieczorem do wioski olimpijskiej, a tam wielka radość w polskiej ekipie – Zygmunt Smalcerz złotym medalistą w podnoszeniu ciężarów. To dla nas dobra wróżba. Z tej okazji przewodniczący GKKF Włodzimierz Reczek zaprosił trenerów, utytułowanych zawodników i kierowników dyscyplin na lampkę szampana. Był wśród nas między innymi Władysław Komar, doświadczony miotacz kulą, lecz bez znaczących sukcesów międzynarodowych. W tej dyscyplinie brylowali w tym czasie Amerykanie i NRD-owcy. W swobodnej atmosferze, jaka panowała na spotkaniu, Władek, znany z ciętego dowcipu i skłonności do żartów, oświadczył, że dla niego tylko złoto olimpijskie jest odpowiednim wyzwaniem. Znając dotychczasowe osiągnięcia Władka i niezwykle silną konkurencję, wszyscy obecni potraktowali takie stwierdzenie jako żart, chyba również sam Władek, a przewodniczący W. Reczek powiedział z uśmiechem: „Panie Władku, jeżeli pan zdobędzie złoty medal, to osobiście przyniosę panu śniadanie do łóżka”. Największą niespodzianką tych igrzysk było właśnie zdobycie złotego medalu przez Władysława Komara! Następnego dnia prawie cała polska ekipa olimpijska czekała, czy przewodniczący dotrzyma danego w żartach słowa. Dotrzymał i, niosąc ze stołówki tacę z jedzeniem do pokoju Władka, został powitany w drzwiach przez ubranego w strój wyjściowy W. Komara i zaproszony na wspólne śniadanie. Pierwszy z judoków startował Marian Tałaj. Dobrze przygotowany, ale osłabiony zbijaniem wagi wygrał bez trudu z Australijczykiem R. Moffittem, a następnie z już utytułowanym S. Topolocznikiem z Jugosławii. Następne zwycięstwo z Rodriquezem z Kuby, złotym medalistą następnych IO, dawało mu już punktowane miejsce. Niestety, przegrał i odpadł z turnieju. Drugim Polakiem w turnieju olimpijskim był nasz as atutowy, Antoni Zajkowski, typowany przez niemieckie i francuskie czasopisma fachowe na srebrnego medalistę. I nie zawiódł. W pierwszej rundzie bez trudu pokonał zawodnika z Nikaragui – Garcię, w drugiej wygrał grał z Portorykańczykiem Brito, w następnej spotkał się z trudnym przeciwnikiem z Francji Vialem. Po wygraniu i tej walki Antek natrafił na późniejszego złotego medalistę, Japończyka Nomurę. Po przegraniu trafił do repasaży. Tam wygrał pierwszą walkę z doświadczonym i niewygodnym Węgrem Hetenyi i w walce o olimpijski finał spotkał się po 5 minutach odpoczynku i pięciu stoczonych tego dnia walkach z bardzo utytułowanym i doświadczonym zawodnikiem z NRD Hoetgerem. Już w pierwszej minucie Antek wykonał akcję na waza-ari, ale nas, trenerów, a i pewnie jego samego, nurtowała myśl, czy wytrzyma do końca. Hoetger był dużo bardziej wypoczęty, bowiem wcześniej od Antka zakończył swoją ostatnią walkę, i dobrze o tym wiedział. Starał się zmęczyć Polaka i wykorzystać swoje atuty. Nie potrafił i Antek znalazł się w olimpijskim finale. Niestety, jego szanse na zwycięstwo z Japończykiem Nomurą, który dawno zakończył swoje walki i czekał, wypoczęty, na zwycięzcę repasażu, były niewielkie. I tak też się stało. Ale srebrny medal olimpijski A. Zajkowskiego był sukcesem nie tylko jego, ale całego polskiego judo. Cieszyliśmy się wszyscy i w wiosce olimpijskiej, i w kraju. Niestety, naszą radość już następnego dnia zakłócił atak terrorystyczny Palestyńczyków z organizacji „Czarny Wrzesień” na sportowców izraelskich. Terroryści wdarli się 5 września nad ranem do pawilonu, jak się okazało – niedostatecznie strzeżonego. Wszyscy izraelscy sportowcy i ich trenerzy, których było dziewięciu, stali się zakładnikami. Była godzina 4 rano, gdy ośmiu Palestyńczyków weszło do budynku olimpijskiego nr 31 przy Conolly Strasse, strzelając do Josefa Roznano i Moshe Winberga. Ciało tego ostatniego, wyrzucone przez okno, znaleziono o godz. 5.30 i zarządzono alarm. Kapitan policji Manfred Schreiber, odpowiedzialny za akcję, powołał sztab kryzysowy. Napastnicy żądali uwolnienia 34 palestyńskich terrorystów uwięzionych w Izraelu. Gdy premier Izraela nie zgodziła się na negocjacje z terrorystami, pozostało tylko rozwiązanie siłowe. Dowódca terrorystów Issa groził, że o godz. 9.00 zabije następnego zakładnika. Schreiber poprosił o więcej czasu, blefując, że Izrael współpracuje. Po kilkunastu godzinach negocjacji terroryści zażądali samolotu do Kairu. Pojawiła się szansa na wyprowadzenie terrorystów z wioski olimpijskiej. Podstawiono dwa śmigłowce, które zarówno ich, jak i zakładników dostarczyły na płytę lotniska, gdzie czekał samolot Boeing 727. Na lotnisku zastawiono na terrorystów pułapkę. Wywiązała się strzelanina, w wyniku której zginęli wszyscy zakładnicy i pięciu terrorystów. Trzech przeżyło i zostali aresztowani. Jak się później okazało, akcja nie została przygotowana profesjonalnie. Kontynuacja XX Igrzysk Olimpijskich stanęła pod znakiem zapytania. Następnego dnia przewodniczący MKOl-u Avery Brundage zwołał wszystkich uczestników na główny stadion. W drodze powszechnego plebiscytu postanowiono, że igrzyska będą kontynuowane. Nasz najmłodszy wówczas judoka Adam Adamczyk w pierwszej walce trafił na doświadczonego zawodnika z Nowej Zelandii i po wyrównanym pojedynku odpadł z turnieju. Podobny los spotkał Włodzimierza Lewina w wadze półciężkiej, który wygrał pierwszą walkę z Irlandczykiem Murphy, ale następną, z Niemcem z RFN-u przegrał i został wyeliminowany z dalszych rozgrywek.