Waldemar Sikorski

: Function ereg() is deprecated in /var/www/clients/client3/web5/web/modules/paging/paging.module on line 106.

Triumfalny powrót z Monachium i co dalej? Kontrakt PKOl-u z Hiromim Tomitą wygasł, ale on nie zamierzał go przedłużyć. Nic dziwnego. Odniósł przecież trenerski sukces, a jego kolega Nakatani, pracujący w RFN nawet na nieco niższym stanowisku, miał kilku-, a nawet kilkunastokrotnie wyższe wynagrodzenie niż on. Hiro postanowił wyjechać z Polski do Puerto Rico, gdzie początkowo był trenerem kadry, a następnie został wykładowcą akademickim i jest nim do chwili obecnej. Jeszcze na rok (2002) przyjechał do Polski, aby w warszawskim AWF obronić pracę magisterską pt. „Judo w systemie edukacji fizycznej społeczeństwa japońskiego” i uzyskać tytuł magistra wychowania fizycznego. Po igrzyskach w Monachium kondycja polskiego judo stawała się coraz lepsza. Mieliśmy sporą grupę doświadczonych i dobrze przygotowanych seniorów, z medalistą olimpijskim i medalistami mistrzostw Europy oraz dużo utalentowanej młodzieży. Cieszyliśmy się przychylnością władz GKKFis-u i PKOl-u. Janusz Pawluk opuścił PZ Judo i objął wyższe stanowisko we władzach polskiego sportu; awansował stopniowo aż do stanowiska wiceministra. Zatrudniliśmy trenera kadry juniorów Marka Rzepkiewicza i wespół z Jackiem Skubisem stworzyliśmy mocny dział szkolenia w Związku Judo. W moim przekonaniu nadszedł moment, aby znacznie więcej czasu i uwagi poświęcić zapleczu kadry narodowej, i wyszkolić następną rzeszę zawodników. Zmieniliśmy system przygotowań do następnych igrzysk olimpijskich, w Montrealu. Przeprowadziliśmy decentralizację szkolenia, poszerzając kadrę narodową seniorów i tworząc kadrę narodową juniorów i młodzieży. W szkoleniu seniorów ograniczyliśmy liczbę zgrupowań do dwóch lub trzech w makrocyklu przygotowań do imprezy głównej, którymi są każdego roku mistrzostwa Europy w maju i – w latach nieparzystych – mistrzostwa świata. Między zgrupowaniami zawodnicy kadry trenowali w oparciu o indywidualne plany szkolenia i startów, uzgodnione z zawodnikiem i jego trenerem klubowym. Trenerzy mający największą liczbę zawodników w kadrze narodowej byli powoływani na zgrupowania centralne, stale uczestnicząc w przygotowaniu swoich podopiecznych. Najczęściej w zgrupowaniach brali udział trenerzy: Czesław Łaksa z GTS Wisła Kraków, Ryszard Zieniawa z GKS Wybrzeże Gdańsk, Stanisław Siewior z GKS Gwardii Wrocław, Jan Ślawski z AZS „Siobukaj” Warszawa, Adam Wojno z AZS Wrocław. W roku 1973 dyrektor Instytutu Naukowego Kultury Fizycznej, późniejszy rektor AWF-u w Warszawie, prof. Tadeusz Ulatowski, zaproponował kilku trenerom kadry różnych dyscyplin sportu współpracę w Instytucie pod hasłem „Nauka – praktyce”. Ja również otrzymałem taką propozycję z której chętnie skorzystałem. W dalszym ciągu stosowaliśmy bardzo duże obciążenia treningowe, zwłaszcza w zakresie wytrzymałości ogólnej, wykorzystując kilkugodzinne marszobiegi w Tatrach. Po jednym z takich wyczerpujących treningów Antoni Reiter powiedział, że kiedy zakończy karierę sportową i będzie bogaty, to spy-chaczami spłaszczy te góry. Nie tylko on nie lubił biegowych treningów. Antoni Zajkowski zapytany przez dziennikarza, czy piękne tatrzańskie krajobrazy pomagają mu w treningu, odpowiedział: „Przecież ja na treningu patrzę tylko na kamienie, by uniknąć skręcenia nogi, i ocieram pot z oczu.” Nie tylko judocy trenowali wówczas tak ciężko przed Montrealem. Również siatkarze z Hubertem Wagnerem, którego pieszczotliwie nazywali „katem”, piłkarze z Kazimierzem Górskim i kajakarze z Andrzejem Niedzielskim, którzy ze złości za zbyt ciężki trening dziurawili mu opony w samochodzie lub organizowali bunty. W latach siedemdziesiątych o sukcesach decydowała ilość wykonanej pracy treningowej i umiejętne stosowanie środków odnowy biologicznej. W następnym roku po igrzyskach w Monachium pojechaliśmy na mistrzostwa świata do Lozanny. Antoni Reiter walczy o brązowy medal z bardzo silnym fizycznie i „niewygodnym” Gruzinem Gogolauri, który w eliminacjach bez trudu pokonał kilku utytułowanych zawodników. Za każdym razem, kiedy Gruzin chwytał Antka od tyłu za pas, by wykonać swój ulubiony rzut, Antek stosował swoją „reiterówkę” – kombinację o-soto-gari w haraimakikomi i zdobywał punkty. Pierwszy i ostatni raz widziałem Goglauriego tak bezradnego – ostatni, bowiem po przegranej z Antkiem został wycofany z reprezentacji Związku Radzieckiego. Rok później w Mistrzostwach Europy w Londynie dwóch Polaków stanęło na podium w tej samej kategorii wagowej do 80 kg: Antoni Reiter zdobył srebro, a Adam Adamczyk brąz. Po przegranej w walce finałowej Antek powiedział do mnie:„Tak się ucieszyłem, że jestem finalistą, iż nie przystąpiłem do ostatniej walki wystarczająco skoncentrowany. Ale następnym razem już nie odpuszczę.”I dotrzymał słowa, ponieważ z następnych mistrzostw Europy, w Lyonie, przywiózł złoty medal, rzucając dwukrotnie Rosjanina Barkalajewa – pierwszy raz na waza-ari, a następnie na ippon, zwyciężając przed czasem. Był to pierwszy złoty medal Polaka w mistrzostwach Europy. Musieliśmy czekać prawie dwadzieścia lat, aby usłyszeć Mazurek Dąbrowskiego. Brązowe medale w tych mistrzostwach zdobyli także, ponownie, Adam Adamczyk i – w wadze do 63 kg – Edward Alkśnin. Rok 1975 był dla reprezentacji pamiętnym nie tylko ze względu na świetne wyniki w mistrzostwach Europy, lecz również dlatego, że reprezentacja Polski w judo po raz pierwszy pojechała do kolebki judo, do kraju kwitnącej wiśni. Nie zobaczyliśmy sakury (kwiat wiśni), bo do Japonii pojechaliśmy późną jesienią, po Mistrzostwach Świata w Wiedniu, gdzie Adam Adamczyk przegrał po nieco kontrowersyjnej dla mnie decyzji sędziów w walce o finał z Japończykiem i ostatecznie zdobył brązowy medal. Werdykt sędziów był dla mnie wątpliwy, bowiem Adamowi nie zaliczono ewidentnego kontrataku na ura nage przynajmniej na waza ari. Ale to sędziowie decydują, nie trenerzy. Jak już wcześniej powiedziałem, pojechaliśmy w paszczę lwa, do legendarnego „Kodokanu” – pierwszej szkoły judo założonej przez samego Jigoro Kano. Pojechaliśmy w najsilniejszym składzie: Adam Bęś, Edward Alkśnin, Antoni Zajkowski, Marian Tałaj, Adam Adamczyk, Antoni Reiter, Zbigniew Bielawski, Dariusz Nowakowski, Włodzimierz Lewin, Waldemar Zausz i ja jako trener i kierownik. Byliśmy w Japonii „na swój koszt”, to znaczy że za miesięczny pobyt zapłacimy sami. Z kasy Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki otrzymałem w gotówce 11 350 US. Była to dla mnie kwota niewyobrażalna. Antek Reiter za złoty medal w mistrzostwach Europy kilka miesięcy wcześniej otrzymał nagrodę wynoszącą 50 dolarów, co w przeliczeniu na złotówki przekraczało wówczas średnią miesięczną płacę. Do Tokio lecieliśmy przez Moskwę, z międzylądowaniem w Omsku i Irkucku. Przylecieliśmy wieczorem. Wzięliśmy ze sobą dużo prowiantu z Polski, ponieważ nie wiadomo było, jak zniesiemy japońską kuchnię. W porcie lotniczym dwóch małych Japończyków zdejmowało z obrotowej taśmy bagaże. Nagle jeden z nich chwycił walizę Waldka Zausza. Okazała się zbyt ciężka. Nie mógł jej unieść. Wówczas do taśmy podszedł Waldek – tylko o głowę wyższy od Japończyka, ale około dwa razy cięższy. Jedną ręką chwycił walizę i odszedł. Japończyk przez dłuższą chwilę stał jak wmurowany, odprowadzając Waldka wzrokiem. Następnie uważnie selekcjonował bagaże, żeby nie natknąć się na nasze. Przed odprawą celną przeczytaliśmy, że do Japonii nie można wwozić żywności. Niemiła niespodzianka. My, oprócz dresów, judog i bielizny, mieliśmy głównie żywność. Poszedłem do odprawy celnej jako pierwszy i wyjaśniłem, że jesteśmy reprezentacją Polski w judo. Japończyk pokiwał ze zrozumieniem głową, powtórzył z szacunkiem: „Porando judo?” i przepuścił nas wszystkich bez kontroli. W sali odpraw czekał na nas Isao Okano. Nikomu związanemu wówczas z judo nie trzeba było tłumaczyć, kto to jest Okano. Mistrz olimpijski w wadze do 80 kg i mistrz Japonii (mistrzostwa Japonii rozgrywane były bez kategorii wagowych), trener reprezentacji narodowej tego kraju oraz autor książek o judo aktualnych do dzisiaj. Dostrzegłem olbrzymie zaskoczenie w oczach moich zawodników. Isao Okano poznałem wcześniej, z ramienia Solidarności Olimpijskiej prowadząc treningi i wykłady o judo w Finlandii, RFN, Holandii, Portugalii i innych krajach. Jeszcze w Polsce napisałem list do Okano, prosząc go o rezerwację hotelu niedaleko „Kodokanu”. Był to niewielki, schludny „Green Hotel”, który na najbliższy miesiąc stał się naszym domem. Pierwszy trening w „Kodokanie” o godz. 17.00. Przyszliśmy pół godziny wcześniej, aby przeprowadzić dokładną rozgrzewkę. Duża sala, cała wyłożona tatami. Listopad, a wszystkie okna otwarte. Jak się okazało, po to, aby wszyscy intensywnie ćwiczyli. W czasie naszej rozgrzewki na sali pojawiało się coraz więcej judoków. Nie rozgrzewali się, tylko przyglądali nam bacznie. Wkrótce było ich koło setki. Trenerzy weszli punktualnie o 17.00, zbiórka, seiza, rei i zaczęła się rozgrzewka, głównie uchi-komi. Prowadził ją zawodnik. Po 5 minutach ktoś krzyczy mate! i za chwilę zaczęło się randori. Każdemu Polakowi ukłoniło się kilku Japończyków jeden przez drugiego. Oj, było ciężko. Bez taryfy ulgowej. Zmiany partnerów co 5 minut. Po półgodzinie zacząłem po kolei wycofywać swoich zawodników na 5-minutowe odpoczynki. To była dobra taktyka, bo randori, które dla polskich judoków było raczej walką ze zmieniającymi się przeciwnikami (kakari-geiko) w pozycji stojącej (tachi-waza) trwało bez przerwy godzinę, a drugą godzinę w parterze (katame-waza). Jak się później okazało, na treningi z naszymi zawodnikami przyjechali zawodnicy z wielu najsilniejszych klubów z Tokio i okolic. Każdy z nich chciał „posmakować” przybyszów z Europy, i to zza żelaznej kurtyny. Pierwotnie zamierzałem prowadzić jeden trening techniczny, a drugi randori z zawodnikami japońskimi. Ale po pierwszym treningu, na którym Polacy mieli nieustanne kakari-geiko, postanowiłem, że będziemy trenowali raz dziennie. Poza tym obawiałem się kontuzji lub choroby naszych judoków. Przedpołudnia poświęcaliśmy na zwiedzanie: muzea, parki, świątynie. Początkowo mieliśmy trudności z orientacją w terenie. Dziesięciomilionowe Tokio, poza nielicznymi wyjątkami, nie ma nazw ulic, a i te wyjątki, są dla nas niezrozumiałe. Jedynie stacje metra obok napisów „krzaczkami” miały nazwy w alfabecie łacińskim. Zastanawialiśmy się, jak listonosze docierają do adresatów. Postanowiliśmy wejść na Fujiamę, nieczynny wulkan oddalony tylko około godzinę jazdy samochodem od Tokio. Pomagała w tym przedsięwzięciu ambasada polska, którą odwiedziliśmy z okazji dnia przyjaźni polsko-japońskiej. Ambasador wypożyczył nam mały autobusik z kierowcą. Niestety, pogoda nie sprzyjała i musieliśmy się ograniczyć do oglądania góry tylko z dołu. Szybko nauczyliśmy się podróżować metrem, dzięki czemu oprócz treningów w „Kodokanie” mogliśmy trenować w różnych silnych klubach akademickich i policyjnych. Plan treningów był uzgadniany z szefem departamentu zagranicznego Japońskiego Związku Judo Ichiro Abe, który pomagał nam pod względem organizacyjnym. Jemu również zawdzięczamy kontakt z naczelnym dyrektorem koncernu Mitsubishi z Osaki, przebywającemu służbowo w Tokio. Chcieliśmy zwiedzić starą stolicę Japonii, Kioto, z pałacem szoguna, złotym pawilonem i pięknymi ogrodami zaprojektowanymi, aby wyeksponować wszystkie barwy jesieni. Ale żeby to zobaczyć, potrzebowaliśmy przewodnika. Jeden ze słynnych judoków japońskich Eiji Maruki, którego wcześniej gościliśmy w Polsce, a którego później, już jako mistrza świata, spotkałem w Szwecji, pracował właśnie w Mitsubishi w Osace. Wystarczyło „tylko”, by dyrektor japońskiego związku judo umówił trenera kadry Polski z dyrektorem naczelnym wielkiego koncernu i, aby ten, na naszą prośbę, zgodził się zwolnić na jeden dzień swojego pracownika. Nie było to łatwe, ponieważ Japończycy traktują pracę w sposób wyjątkowo odpowiedzialny. Otrzymaliśmy zgodę, ale pod warunkiem że po zwiedzeniu Kioto odwiedzimy jego koncern w pobliskiej Osace. Myślałem, że to takie japońskie kurtuazyjne zaproszenie. Wykupiliśmy bilety na najszybszy pociąg shinkansen, który „połknął” prawie 600 km w niecałe dwie godziny. Na peronie czekał już Maruki z kolegą i wypożyczonym busem. Po szybkim lunchu zwiedziliśmy pałac szoguna. Piękny w kształcie, z bogatym japońskim zdobnictwem na ścianach, lecz drewniany, z ascetycznym wnętrzem, bez mebli i ogrzewania. Szogun, jego dwór i samuraje musieli być niezwykle zahartowanymi ludźmi, by żyć w takich warunkach. Po zwiedzeniu Kioto okazało się, że mamy już wykupione bilety do Osaki, gdzie czekał na nas ze swoimi pracownikami dyrektor generalny koncernu. Wjechaliśmy na szczyt wieżowca i znaleźliśmy się w szklanej sali recepcyjnej. Gdy siedliśmy za stołem, okazało się, że rozsadzono nas na przemian, jeden Polak, jeden Japończyk. Wszyscy byli dobrze przygotowani do spotkania z nami, mając nieco wiadomości z historii Polski, geografii i gospodarki. I tu bardzo przydała się nauka języka angielskiego, a nasi zawodnicy okazali się być dobrymi ambasadorami swego kraju. Na koniec spotkania wręczyliśmy naszym uprzejmym gospodarzom piękne albumy o Polsce w języku japońskim, na kredowym papierze, na które natknęliśmy się przypadkowo w ambasadzie polskiej i które nam bardzo chętnie sprezentowano. Dyrektor proponował jeszcze zwiedzanie Osaki następnego dnia, lecz podziękowaliśmy z uwagi na napięty program treningowy. Najtrudniejsze były dla nas treningi w „Kodokanie”, gdzie specjalnie przyjeżdżali czołowi zawodnicy z różnych klubów, którzy bardzo prestiżowo traktowali walki z Polakami. Równie długie i wyczerpujące były treningi w klubach, ale tamtejsi zawodnicy byli do nas nastawieni bardziej po koleżeńsku. Staraliśmy się skorzystać jak najwięcej, ze względu na dużą liczbę dobrych zawodników o wysokim poziomie zaawansowania technicznego, z którymi się spotykaliśmy. Tam zrozumiałem, że siła japońskiego judo leży w motywacji judoków do ciężkiej pracy, różnorodności szkół, a przede wszystkim w liczebności młodzieży uprawiającej tę dyscyplinę w szkołach i uniwersytetach. Fascynacja krajem kwitnącej wiśni zaczęła się od judo, ale się na nim nie kończyła. Odmienną kulturowo Japonię lat siedemdziesiątych postrzegaliśmy jak amalgamat nowoczesności i tradycji. Ciszę i medytacje mnichów buddyjskich w świątyniach shinto zakłócał panujący wokół zgiełk niezliczonej liczby samochodów, ludzi, dźwigów na budowie, wszechobecnych reklam i salonów do gier pachinko. Ubranym w granatowe garnitury i białe kołnierzyki mężczyznom często towarzyszyły kobiety w bajecznie kolorowych kimonach. Młodzież, zapatrzona w amerykański styl życia, z wyraźną niechęcią odnosiła się do tradycji, której hołdowali starsi. Ceremonia refleksyjnego, medytacyjnego picia herbaty ustępowała piciu coca-coli wprost z butelki lub herbaty „na smyczy” w fastfoodach, a obok parków i niskich starych budynków powyrastały wielkie wieżowce dzielnicy Shinjuku. My również ulegliśmy fascynacji nowoczesnością i prawie każdy z nas przywiózł do Polski grający sprzęt elektroniczny z dzielnicy Akihabara, który można było tam tanio kupić na straganach, jak u nas kupuje się warzywa.