Waldemar Sikorski

: Function ereg() is deprecated in /var/www/clients/client3/web5/web/modules/paging/paging.module on line 106.

Po powrocie do kraju wszyscy najpierw odpoczęli na łonie rodziny po wyczerpujących treningach, a następnie rozpoczęli przygotowania do ostatniego makrocyklu przed igrzyskami w Montrealu. Na początku stycznia 1976 r. wyjechaliśmy na osiemnastodniowe zgrupowanie narciarskie na Czeged w górach Kaukazu. Chciałem, by kadrowicze odpoczęli od treningów na macie i zwiększyli odporność organizmu na infekcje. Mieszkaliśmy na wysokości 2500 m nad poziomem morza, a na nartach jeździliśmy jeszcze około tysiąca metrów wyżej. Warunki były nieco spartańskie, ale zdrowie i nastroje dobre. Po powrocie zaliczyliśmy kilka zgrupowań i turniejów zagranicznych oraz start w Mistrzostwach Europy w Kijowie – „z marszu”, bez specjalnego przygotowania. Pomimo to przywieźliśmy trzy medale: srebrny A. Adamczyka, brązowe A. Reitera i M. Tałaja. Powtórzył się dylemat z poprzednich igrzysk – dwaj medaliści w tej samej kategorii wagowej. Postanowiliśmy, że obaj pojadą do Montrealu, lecz Antek Reiter będzie startował w wyższej kategorii wagowej. Miał dwa miesiące, żeby przytyć. Nie wiedziałem, czy to dobra decyzja, bowiem obaj byli w dobrej formie. Antek ważył dwa kilogramy więcej od Adama. Sądziłem, że będzie mu łatwiej zyskać kilka kilogramów. Plan olimpijski był siedmiopunktowy, tzn. jeden medal srebrny lub jeden brązowy i jedno piąte miejsce. Mając trzech medalistów mistrzostw Europy, nabraliśmy ochoty na więcej. Ostatni miesiąc przed igrzyskami trenowaliśmy jak zwykle na małej salce w Zakopanem. Nie wiedzieliśmy, że turniej olimpijski będzie rozgrywany w olbrzymim welodromie, na którym przed nami walczyli kolarze torowi. Gigantyzm hali nas przytłaczał, a rozproszone, nie najlepsze oświetlenie wzmagało ponury nastrój. Nigdy w takiej sali nie startowaliśmy. Nie miałem kontaktu głosowego z zawodnikami. Wszyscy czuliśmy się zagubieni. Czekaliśmy na losowanie. Waldemar Zausz, bardzo zdolny zawodnik wagi ciężkiej, chociaż z sukcesami na arenie europejskiej tylko w juniorach i młodzieży, nie miał szczęścia. W jego połówce znaleźli się wszyscy najlepsi konkurenci z Europy oraz faworyt Japończyk Kazuhiro Ninomiya. Niestety, Waldek, mimo wyrównanej pierwszej walki z późniejszym srebrnym medalistą w open, zszedł pokonany. Następnego dnia walczył jeden z naszych trzech najlepszych judoków Antoni Reiter. Mistrz Europy i medalista mistrzostw świata w drugiej walce spotkał się z najlepszym zawodnikiem w Europie, Dietmarem Lorencem z NRD. Antek, zwany przez kolegów „Kobrą”, mimo, że był lżejszy od przeciwnika o 9 kg, stoczył bardzo wyrównaną walkę. Niestety, przegrał i odpadł z turnieju, bowiem Lorenz nie wygrał swojej grupy. Lepiej wylosował aktualny wicemistrz Europy Adam Adamczyk. Nastroje nam się poprawiły, kiedy Adam bez trudu wygrał swoją pierwszą walkę z niewygodnym Belgiem Gouldemontem, z którym męczył się dwa miesiące wcześniej podczas mistrzostw Europy. Miałem prawo sądzić, że naprawdę trudną walkę będzie miał dopiero w finale z Japończykiem Sonodą. Ale Adam następną walkę przegrał przez rzut z doświadczonym, lecz niezbyt wymagającym Jugosłowianinem. Wypadek przy pracy, który nie powinien się zdarzyć na tak poważnych zawodach. Tyle wysiłku, potu i poświęceń i tylko moment nieuwagi. Adam bardzo ciężko przeżył tę porażkę. Ale chyba jeszcze bardziej przejął się swoją porażką jeden z faworytów kategorii do 63 kg, Japończyk Minami, przegrywając z Francuzem Delvingtem. Uważał, że nie tylko przegrał walkę, ale zawiódł kolegów, trenera, Japonię i „stracił twarz”. Chciał popełnić seppuku. Okano ze swoim asystentem pilnowali go całą noc, aż wreszcie wyperswadowali mu to szaleństwo. W czwartym dniu zawodów czwarty Polak, Marian Tałaj, w pierwszej walce spotkał się z najlepszym zawodnikiem turnieju olimpijskiego Władimirem Niewzorowem, który wygrał wszystkie walki przed upływem czasu regulaminowego, włącznie z finałową, rzucając Japończyka na ippon w pierwszej minucie. Po przegranej z Niewzorowem Marian otrzymał od losu jeszcze jedną szansę. Aby zdobyć brązowy medal, musiał stoczyć w repasażach cztery walki po kolei w odstępach pięciominutowych. Ostatnią – o medal – stoczył z Koreańczykiem Chang Su Lee, który, będąc bardziej wypoczęty po jednej tylko walce repasażowej, postanowił „zamęczyć” Mariana. Nie docenił przeciwnika i to Marian tak zmęczył Koreańczyka, że wygrał swoją medalową walkę przez ippon, zakładając trzymanie kami-shiho-gatame. Ostatni dzień turnieju i nasz „czarny koń” Marian Standowicz, aktualny mistrz Europy juniorów, dość późno dokooptowany do kadry olimpijskiej. Przed turniejem cieszył się, że nie ma w swojej połówce ani Japończyka, ani Rosjanina, a nie wiedział, że już w pierwszej walce zmierzy się z wielką niespodzianką igrzysk, złotym medalistą Kubańczykiem Hektorem Rodriquezem. Po przegranej walce Marian dzielnie spisywał się w repasażach i ostatecznie zajął 5. miejsce. Wracaliśmy z igrzysk w Montrealu z 7. punktami i dużym niedosytem. Liczyłem na więcej. Ale co miała powiedzieć tak zawsze mocna ekipa z NRD, która powróciła bez medalu, czy Francuzi, którzy przywieźli do Montrealu pięciu sparing partnerów, po jednym dla każdego reprezentanta, a zdobyli tylko jeden brązowy medal? Były to igrzyska w judo pełne niespodzianek, niestety, nieprzyjemnych i dla  nas.