Waldemar Sikorski

: Function ereg() is deprecated in /var/www/clients/client3/web5/web/modules/paging/paging.module on line 106.

Po igrzyskach w Montrealu, w gronie szkoleniowców: Jacek Skubis, Marek Rzepkiewicz i ja, opracowaliśmy program przygotowań do następnej olimpiady. Ambitnie założyliśmy, że w każdym makroregionie powinno powstać centrum szkolenia, w którymna konsultacjach dwa, trzy razy w tygodniu spotykaliby się zawodnicy z danego makroregionu na wspólnych treningach, opartych głównie o randori. Jak się w praktyce okazało, zaistniały dwa rodzaje przeszkód: psychologiczne i materialne. Trenerzy z mniejszych klubów obawiali się, że trenerzy makroregionalni „podkupią” im najzdolniejszych zawodników. Oprócz tego okazało się, że w GKKFiT nie ma wystarczających środków na taką decentralizację szkolenia, a do następnych igrzysk jest jeszcze daleko. W związku z tym wróciliśmy do poprzedniego programu przygotowań, jedynie z pewną modyfikacją. W większym stopniu oparto się w Związku o indywidualne plany organizacji szkolenia i startów zawodników kadry narodowej, a na zgrupowaniach pomagali mi na stałe: Czesław Łaksa, trener GTS „Wisła” Kraków, Stanisław Siewior z Gwardii Wrocław oraz Ryszard Zieniawa z Wybrzeża Gdańsk. Współpraca ta zaowocowała w roku 1977, w Mistrzostwach Europy w Ludwigshafen kompletem medali: złoty – Adam Adamczyk, srebrny – Marian Tałaj i brązowy – Zbigniew Bielawski. Niestety, w reprezentacji nie było już jednego z naszych asów atutowych, Antoniego Reitera, którego z judo wyeliminowała kontuzja kręgosłupa. A w kilka lat później opuścił nas na zawsze… Wyniki ME, przyjęte entuzjastycznie przez władze polskiego sportu i PZ Judo, utwierdziły nas, trenerów, w przekonaniu, że koncepcja przygotowań jest prawidłowa, tym bardziej że za seniorami podążali juniorzy i młodzież, którzy kilka miesięcy wcześniej w Łodzi zdobyli dwa srebrne medale i jeden brązowy w kategorii starszej oraz jeden srebrny i trzy brązowe w juniorach. W następnym roku nie było już tak dobrze. Tylko Adam Adamczyk zdobył srebrny medal w Mistrzostwach Europy w Helsinkach, podczas gdy apetyty mieliśmy duże. Prezes Związku Bogdan Kropornicki, wracając z nami z Finlandii, nie krył rozczarowania. Nanieśliśmy korekty w przygotowaniach i postanowiliśmy ponownie wyjechać na miesiąc do Japonii, tym razem do zaprzyjaźnionego uniwersytetu w Tsukubie, niedaleko Tokio. Na początku zgrupowania bolesną kontuzję barku odniósł… kierownik wyszkolenia Jacek Skubis podczas randori z trenerem Ryszardem Zieniawą. Pojechałem z Jackiem do miejscowego lekarza, który związał Skubisa jego własnym pasem od judogi i próbował siłą nastawić bark. Ta drakońska metoda odniosła tylko taki skutek, że dzielny Jacek omalże nie stracił przytomności z bólu. Pojechaliśmy do szpitala, gdzie na bardzo krótką chwilę uśpiono go i nastawiono bark. Mieszkaliśmy w nieco spartańskich warunkach, menu było japońskie, ale treningi, choć długie, trzygodzinne, już nie tak intensywne, jak podczas naszego pierwszego pobytu w Japonii. Pewnego dnia wieczorem po treningu, siedząc w pokoju nagle usłyszeliśmy obok hałas, jak się nam wydało, przesuwanych mebli. Zdenerwowałem się: „Co ci nasi judocy wyprawiają?”. Dopiero po krótkiej chwili zorientowaliśmy się, że to nie nasi judocy, tylko niewielkie trzęsienie ziemi. Skoszarowanie w jednym miejscu, długie i nieco monotonne treningi, brak urozmaicenia i „zaprzyjaźnianie się” naszych judoków z japońskimi obniżyło intensywność pracy. Nie podobała mi się ta sytuacja. Wprowadziliśmy treningi ogólnorozwojowe, z których wkrótce zrezygnowaliśmy, ponieważ zwiększały one zmęczenie zawodników i powodowały ich ospałość podczas treningów na macie. Czasami graliśmy z kolegami japońskimi w piłkę nożną. Tu, w przeciwieństwie do treningu na macie, mieliśmy niezaprzeczalną przewagę. Piłka nożna nie była jeszcze w tym czasie popularna w Japonii. Mimo powyższych zastrzeżeń treningi w Tsukubie były dobrą „szkołą”, szczególnie dla naszych młodych zawodników. Sukcesywnie następowała „zmiana warty”. Młodzi zawodnicy mieli zastąpić starszych. Ale starsi i doświadczeni nie ustępowali. Rok przedolimpijski. W Mistrzostwach Europy w Brukseli w maju 1979 r. tylko jeden brązowy medal – ponownie Adam Adamczyk. Największe nadzieje wiązaliśmy z Januszem Pawłowskim, Jarosławem Brawatą, Andrzejem Sądejem, Wojciechem Reszko i Krzysztofem Kurczyną. Po mistrzostwach Europy zintensyfikowaliśmy przygotowania do Mistrzostw Świata w Paryżu w drugiej połowie roku. Było nieźle. W bardzo mocnej konkurencji nasz młody zawodnik Janusz Pawłowski zdobył brązowy medal. Nie powiodło się Adamowi Adamczykowi, a przecież od kilku lat był naszym najmocniejszym atutem. Zadawałem sobie pytanie, czy wytrzyma do trzecich igrzysk olimpijskich. Może to chwilowa obniżka formy? Deptał mu po piętach młody, utalentowany Jarosław Brawata. Sytuacja polityczna przed Igrzyskami Olimpijskimi w Moskwie stawała się coraz bardziej napięta. Amerykanie grozili, że jeżeli ZSRR nie wycofa wojsk z Afganistanu, to zbojkotują igrzyska. I tak się stało. Do Moskwy, oprócz Amerykanów, nie przyjechali Japończycy i reprezentanci wielu państw z Europy Zachodniej z wyjątkiem Francji. Pojechaliśmy w bardzo odmłodzonym składzie: Marian Donat (-60 kg), Janusz Pawłowski (-65 kg), Edward Alksin (-71 kg), Jarosław Brawata (-78 kg), Krzysztof Kurczyna (-86 kg), Dariusz Nowakowski (-95 kg) i Wojciech Reszko (+95kg i open). Nie zawiedli: Janusz Pawłowski, zdobywając brązowy medal, i Edward Alksin, zajmując piąte miejsce, będąc o krok od medalu. Największym rozczarowaniem był Jarosław Brawata, który w naszej koronnej kategorii wagowej przegrał będąc wyraźnie słabszy z nieliczącym się na arenie międzynarodowej zawodnikiem z Algierii. Zawiódł również Wojtek Reszko mający dwie szanse medalowe w dwóch kategoriach wagowych. Pozostali zawodnicy walczyli na swoim poziomie, wykazując jednak jeszcze brak doświadczenia w imprezie tej rangi. Były to dla mnie ostatnie zawody, w których występowałem jako trener kadry narodowej. Po igrzyskach w Moskwie Zarząd Polskiego Związku Judo podziękował mi za pracę. Nowym trenerem kadry seniorów został Ryszard Zieniawa.”