Wiesław Błach

: Function ereg() is deprecated in /var/www/clients/client3/web5/web/modules/paging/paging.module on line 106.

„Judo zacząłem uprawiać zupełnie przypadkowo. Bardzo dawno temu (w 1974 r.) mój kolega z sąsiedztwa zaproponował mi pójście na zajęcia judo (wtedy nieznanego mi bliżej sportu) do klubu sportowego Gwardia Opole. Ta dalekowschodnia sztuka walki tak bardzo przypadła mi do gustu, że do dnia dzisiejszego (a od tego czasu upłynęły już 33 lata) jestem z nią związany, i to zawodowo. Na swój pierwszy znaczący sukces w zawodach sportowych czekałem aż 5 lat. W ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży w Bydgoszczy (1979 r.) zdobyłem srebrny medal. Pamiętam finał tych zawodów, w którym mój serdeczny po dziś dzień przyjaciel Jacek Limanówka z Jordana Kraków już w na początku walki pozbawi ł mnie złudzeń, wygrywając przez rzut uchimata na ippon. Od tego momentu w każdych mistrzostwach Polski (juniorów, seniorów) zdobywałem medale (w tym 10 złotych). Dwie potyczki finałowe (jedną wygraną, drugą przegraną) stoczyłem z moim bratem Tomaszem, który był dla mnie zawsze bardzo wymagającym przeciwnikiem i szczególnym «rywalem». Nasze pojedynki zawsze budziły wielkie emocje i były bardzo atrakcyjne dla zgromadzonych kibiców. Jeszcze wielokrotnie potykaliśmy się na różnych krajowych zawodach, aż do momentu, w którym Tomek zmienił kategorię wagową na wyższą (78 kg). W finałach mistrzostw Polski walczyłem z wieloma świetnymi zawodnikami, moimi kolegami i przyjaciółmi, z którymi do dnia dzisiejszego łączą mnie serdeczne i przyjacielskie relacje. Najbardziej utytułowanymi przeciwnikami, z którymi miałem przyjemność rywalizować (i od czasu do czasu wygrywać!) o tytuł najlepszego judoki w kraju byli: Waldemar Legień, Marian Tałaj, Edward Alkśnin, Krzysztof Kamiński a także Zbyszek Tałaj, Krzysiek Wojdan, Marian Donat, Andrzej Hulko, Zbyszek Kamiński, Paweł Klimek i wielu innych świetnych zawodników. Kategoria wagowa (71 kg), w której występowałem przez całą swoją seniorską karierę uchodziła wówczas w Polsce za najtrudniejszą, o najbardziej wyrównanym poziomie występujących w niej zawodników. Zresztą lektura ww. nazwisk i osoby znające judo mogą to potwierdzić. Mimo zaciętej rywalizacji sportowej atmosfera w naszym środowisku była zawsze przyjazna, szczera, a przede wszystkim bardzo towarzyska i wesoła. Wspominam ten okres (1982-1992) jako czas wspaniałych przeżyć i nawiązanych przyjaŸni. Wielokrotnie startowałem w mistrzostwach Europy i świata (czasami z dobrym skutkiem!) oraz dwukrotnie w igrzyskach olimpijskich (VII miejsce w Barcelonie). Nigdy nie zdobyłem upragnionego medalu olimpijskiego, który był moim celem przez całe zawodnicze życie. Mimo to uważam się za spełnionego w judo, gdyż to, co nie udało mi się jako zawodnikowi, osiągnąłem jako trener. Moja podopieczna w kadrze narodowej Aneta Szczepańska zdobyła srebrny medal na IO w Atlancie. Udział w rywalizacji międzynarodowej był dla mnie wspaniałym doświadczeniem życiowym, które wykorzystuję nie tylko w działalności sportowej. Droga do medali to nie tylko zawody, ale także – a może przede wszystkim – przygotowania do nich. Tysiące dni i tygodni, setki miesięcy (to nie przesada!) spędzonych na zgrupowaniach kadry narodowej przez 10 lat ma swoją wymowę. Mimo że czasy w Polsce nie były najlepsze i bardzo burzliwe (stan wojenny, brak w sklepach większości towarów, przemiany społeczno-polityczne), wspominam ten okres bardzo ciepło i z nostalgią. Przede wszystkim dzięki ludziom, z którymi na co dzień przebywałem, a którzy w tych niezbyt sprzyjających warunkach tworzyli wspaniałą atmosferę dla w miarę normalnej egzystencji. Było przede wszystkim bardzo wesoło i trudno było się nudzić! Wspólnie z takimi zawodnikami, jak:Andrzej Dziemianiuk («Dziama»), Wojtek Reszko («Misiek»), Jurek Sosnowski («Sosna»), Jurek Kolanowski («Kolano»), Waldek Legień («Legion»), Marek Rybicki («Ryba»), Andrzej Sądej («Sączek»), Andrzej Basik («Basior»), Janusz Pawłowski («Jasiu»), Krzysiek Kamiński («Kamyk»), Jacek Beutler («Butla»), Paweł Nastula («Nastek»), Piotr Kamrowski («Józóś»), Piotr Sadowski («Sadek»), Andrzej Grzegorzek («Gregory»), Jarosław Klimczak («Mały»), Krzysztof Kurczyna («Kura»), Rafał Kubacki («Kuba») i wielu innych, których nie wymieniłem, za co przepraszam, tworzyliśmy atmosferę wręcz rodzinną. Wzajemne zrozumienie i szacunek towarzyszyły nam przez wszystkie lata wspólnych zawodów i zgrupowań. W kadrze narodowej w latach 1982-1990 trenowałem pod opieką Ryszarda «Mistrza» Zieniawy. Chociaż nie zawsze zgadzałem się – i do dzisiaj nie zgadzam – z jego poglądami na szkolenie i życie, to muszę stwierdzić, że bardzo dużo od Niego się nauczyłem i niemało Mistrzowi zawdzięczam. Mimo że był i jest osobą bardzo kontrowersyjną, nieznoszącą odmiennego zdania w kwestiach szkoleniowych, czas spędzony wspólnie na zgrupowaniach i zawodach był okresem wspaniałych, niezapomnianych przeżyć i w wielu przypadkach niesamowicie komicznych sytuacji, które zapewne nie zaistniałyby, gdyby nie osobowość pana Ryszarda. Pewnego letniego poranka (godz. 5 rano) uczestników naszego zgrupowania kadry narodowej seniorów w Cetniewie obudziły przeraŸliwe krzyki jakiegoś mężczyzny. Większość obudzonych zawodników stanęła w oknach pawilonu «C» aby zobaczyć, co się dzieje. To, co ujrzeliśmy, wprawiło nas w osłupienie i zarazem wzbudziło niepohamowany śmiech. Oto nasz trener Zieniawa okładał jakiegoś osobnika kawałkiem znalezionej deski. Obrazek ten był tym bardziej komiczny, że osobnik ów leżał na brzuchu przygnieciony nogą naszego «Mistrza», który skutecznie, za pomocą deski, zmieniał nieznajomemu kolor pośladków. Jak się póŸniej okazało, mężczyzna ów okazał się złodziejem, który próbował okraść jeden z zaparkowanych przy pawilonie samochodów. Na «Mistrza» zawsze można było liczyć, jego czujność i tym razem pozbawiła złudzeń «wroga ludu». Historia przejażdżki konnej kadry Polski kobiet na zgrupowaniu w Giżycku w 1995 roku mogłaby posłużyć za scenariusz do thrillera i komedii w jednym. Wtajemniczone zawodniczki i trenerzy z pewnością nie zapomnieli o tym wyjątkowym wydarzeniu. Na szczęście, wszyscy przeżyli! Nawet nasz ulubiony masażysta pan Piotr Nawrocki, który na zgrupowaniach kadry męskiej w latach 2001-2003 również wsławił się znajomością «magii». Uważam, że całe środowisko to wielka sportowa rodzina. Wielokrotnie, gdy będąc poza granicami kraju, spotkałem osobę mającą cokolwiek wspólnego z judo, nasze wzajemne relacje od razu stawały się cieplejsze i błyskawicznie odnajdywaliśmy wspólny język. Polskie judo ma w swoim dorobku wiele wspaniałych sukcesów. Mieliśmy i mamy wielu doskonałych zawodników i szkoleniowców, którzy doceniani są także w innych krajach (np. Waldemar Legień, Janusz Pawłowski, Andrzej Sądej). W polskim judo czasami nie doceniamy, kogo i co posiadamy. Wielu naszych zawodników mogłoby osiągać znacznie lepsze rezultaty, gdyby dodać im wiary w siebie, gdyż często poziom wyszkolenia polskich sportowców jest dużo wyższy niż w innych państwach (a wiem to po obserwacji szkolenia w kilku krajach mających w swoich szeregach wielu utytułowanych zawodników). Pamiętam swoją walkę o brązowy medal w Mistrzostwach Europy we Frankfurcie n. Menem (1990 r.). Do pojedynku o brąz miałem przystąpić z Turkiem Ayanem – miałem, bowiem Turek nie zgłosił się do walki. Po 5 minutach regulaminowego oczekiwania na macie sędzia ogłosił mnie zwycięzcą. Po moim zejściu z maty zawodnik turecki pojawił się, ale sędzia główny nie zamierzał dopuścić do walki, gdyż wynik pojedynku został już ogłoszony. Ale takie zwycięstwo mnie nie zadowalało. Mimo protestu sędziego głównego wszedłem na matę i powiedziałem, że będę walczył z Ayanem. Po kilkuminutowych negocjacjach moich i Turka z sędziami nasz pojedynek w końcu się odbył. Pięć minut morderczych, zażartych zmagań zakończyło się bez punktów. Sędziowie musieli wybrać zwycięzcę przez podniesienie chorągiewek (hantei). Wygrałem stosunkiem 2:1. Moja satysfakcja była ogromna; do dzisiaj miło to wspominam i zastanawiam się, czy teraz też bym tak postąpił? Od tego momentu stałem się wielkim przyjacielem Turków i zawsze, kiedy spotykam się z reprezentacją turecką, okazują mi wielki szacunek.”